Tydzień Trzech Króli
2008-11-19





Znacie pewnie ten dowcip, więc posłuchajcie: w Central Parku kloszard ćmi na ławce skręta. Nagle widzi przed sobą nieznajomego mężczyznę, z długimi włosami, w tunice. Kloszard podaje mu skręta; nieznajamy zaciąga się głęboko kilka razy. – Kim jesteś? – pyta kloszard – Jestem Jezus z Nazaretu – odpowiada nieznajomy. Kloszard strzela z radości palcami: - I o to właśnie chodzi!

Po tym wstępie łatwiej może przyjdzie zrozumieć, dlaczego dzisiejsze notatki chcę zacząć od świętego Józefa. A właściwie od Saint-Joseph, od dwóch win z tej północnorodańskiej apelacji. Historia jest prosta: otworzyłem dwa tygodnie temu jedną butelkę i wraz z Pewną Damą wypiłem całą. Otworzyłem wkrótce potem drugą i z tą samą Damą wypiłem do dna. Cóż w tym dziwnego (ktoś zapyta), butelka na dwoje w jeden wieczór. Niestety, muszę się przyznać: dla mnie to zdarzenie. Tak, dziękuję, jestem zdrowy. Tylko wino mi nie bardzo smakuje. Od długich miesięcy zdarzyło się może parę razy, by otworzona wieczorem butelka naprawdę się narzucała, kazała się od razu wypić. Dlatego moim prywatnym kryterium jakości wina stała się ta prawidłowość: jeśli nie mogę się powstrzymać, by butelki nie opróżnić, wino jest świetne. Jeśli doceniam bardzo, ale nie wypiję, to znaczy, że ciut siebie oszukuję. I mam też drugie podkryterium, w sumie może nawet istotniejsze: jeśli wino znika z kieliszka Damy zanim ja ocenię bukiet, coś to znaczy. Tak stało się tym razem. Dama powiedziała: dobre! To tak, jakbym ja powiedział: wspaniałe!

Doprawdy, jeden święty Józef i drugi święty Józef byli wspaniali. Pierwszego przywiozłem niemal pięć lat temu z Brukseli. Kupiłem go w sobotę rano, bo w inne dni szopa była zamknięta. Właściciele w tygodniu pracowali w biurze, w sobotę sprzedawali importowane przez siebie wino. Sporo ludzi, mila atmosfera, pamiętam, że dali się napić Beaucastela 98. Mój święty Józef kosztował jakieś 15 euro, to nie było nawet cru; producentem jest Domaine des Remizières, z której winami, zwłaszcza hermitage, miałem różne przejścia. Rocznik 99, czas było otwierać, więc otworzyłem i poszło! Bukiet przyjemny, lecz bez nadzwyczajnej może ekspresji, a usta cudownie smaczne; i garbniki pod spodem nie narzucające się, ale obecne, jak cieć z daleka pilnujący obejścia.

Drugie Saint-Joseph przywiozłem z Bydgoszczy. Również nie cru, producent Gilles Flacher, rocznik 2003. Kosztuje 65 złotych. Sprowadza je malutka firemka (on i ona, on Francuz) La Parisienne. Niewielki, ale bardzo ciekawy wybór win francuskich, cieszy serce. Wśród białych na przykład śliczne, znakomite meursault 99 od Duvergey-Taboureau, świeże, z pięknym bukietem. Wracam do Saint-Joseph. Nos bardzo w stylu syrah, z korzeniami, pieprzem, nutką czekolady, w ustach znowu raj. Podobnie pełny owoc, a na straży dyskretne, ale czujne garbniki.

Kiedy tak piłem oba Józefy, myślałem, że doprawdy oddałbym za nie wiele tysiąc razy bardziej renomowanych win. Wiele win rodańskich z długim rodowodem. Nawet duże bordeaux, zwłaszcza te po zmianie właściciela. Kiedy słyszę, że kolejny koncern albo miliarder nabył wielkie bordoskie château i ma zamiar tyle zainwestować, żeby robić „absolutnie wielkie wino”, biorę zawczasu nogi za pas. Ja już wiem, jakie to będzie absolutne wielkie wino, ja już znam jego smak (a nawet cenę). I teraz wiem, gdzie uciekać: do świętego Józefa.

Czym jest dobre wino czerwone? Po prostu dobre? Odpowiadam ustami profesora Denisa Dubourdieu, jednego z najbardziej obecnie rozchwytywanych konsultantów: „Dla mnie dobre wino czerwone wyróżnia się aksamitnym atakiem pozbawionym bezpośredniej ostrości garbników. Dalej: smak w środku ust (wiem, to żargon, ale tłumaczę jednak dosłownie – MB) powinien być zdominowany przez owoc, przez doznanie miąższu i soczystości owocu. W finiszu powinny dać się odczuć, ale z pewnym opóźnieniem, garbniki. Im bardziej ich doznanie jest opóźnione i umiarkowane, tym mniej w winie starszym będzie wyczuwalna ich suchość”. No więc tak, mniej więcej coś takiego. Ani w młodym winie Flachera, ani w dość starym już winie z Domaine des Remizières nie było cienia suchości. Ale nie znaczy to, że garbniki były miękkie – jak w wielu winach Rolanda. Obecność ich pełnej siły dawała się wyczuwać, tyle że nie pchały się na scenę, czuwały w cieniu, jak – to ostatnia metafora – mądry reżyser spektaklu.

I było jeszcze trzecie wino. Z posiadłości, której już nie ma. Przestała istnieć w późnych latach 80-tych, po śmierci właścicielki, pani Maurice Migné. Posiadłość była legendarna. Chodzi o Clos Joliette, słodkie i bardzo drogie wino z pirenejskiej apelacji Jurançon. 1982. Wino nie było wielkie dosłownie, ten niezbyt dużej klasy rocznik dał względnie małą zawartość cukru. Czuć jednak było rasę, terroir (tak!), coś z innej bajki; i rzecz ciekawa: pani Migné nie używała siarki. Przywiozłem to wino stamtąd; wręczył mi je na odjezdnym pewien nieznany mi staruszek, który znał właścicielkę. Jeszcze słyszę, jak stuka laską po chodniku.

Więc tak, pięknego grudniowego tygodnia przyszli do mnie Trzej Królowie. Nie, nie jestem kolejnym szaleńcem, który bierze się za Jezusa. Ale naprawdę przyszli i dziękuję im, zdobyłem nową wiarę. I o to właśnie chodziło!

Tekst ukazał się w numerze 25 (1/2007)