Od Redakcji
2008-11-19





Tomasz Prange-Barczyński

Kiedy w połowie lat dziewięćdziesiątych po kilku morderczych zjazdach czarną, siedmiokilometrową trasą Tramesch na zboczach Plose znalazłem się w Bressanone, zamarzyłem o kieliszku wina. W strojach narciarskich wkroczyliśmy do niewielkiego wine baru w starej kamienicy, tuż nad wartkim nurtem Isarco. Na tablicy powyżej bufetu kłębiło się wypisane kredą kilkanaście nazw win sprzedawanych tu na kieliszki. Byliśmy zbyt zmęczeni, by samemu dokonać wyboru. Etwas lokal – rzuciłem więc tylko barmanowi, a ten ze spokojem kazał usiąść, wyciągnął największe kieliszki, jakie (wtedy) w życiu widziałem, przelał winem, po czym napełnił lagreinem ze spółdzielni w Traminie. I choć w pojęciu lokalności człowiek ów nie był do końca precyzyjny (w takim przypadku zdecydowałby się przecież na coś z Valle Isarco) pozostaję mu wdzięczny po dziś dzień, bo w tamto marcowe
popołudnie odkryłem dla siebie Dolomity nie tylko jako świetny region narciarski, ale też źródło genialnych win.

Gdy w grudniową niedzielę A.D. 2006 dotarliśmy przed południem na stację kolejową w Orze, o śniegu można było tylko pomarzyć. Co bardziej niecierpliwi niedzielni narciarze ciągnęli już krętymi drogami w dół z Cavalese i Vigo di Fassa ku autostradzie. Wieczorem dno doliny Adygi przecinał rozświetlony białymi i czerwonymi światłami korek aut liczący – jak skrupulatnie obliczyły lokalne media – ponad 100 km, a w Bolzano z miejskich megafonów rozlegał się głos namawiający gości do pozostania w Dolomitach na noc. Nas, po zakończonej właśnie degustacji win Martina Foradoriego, właściciela termeńskiej winiarni J. Hofstätter słynącej przede wszystkim z gewürztraminerów i pinot nero, namawiać do pozostania nie było trzeba. Tydzień spędzony w Dolomitach – Górnej Adydze i Trydencie – przyniósł tym razem wrażenia mało narciarskie, za to mnóstwo winiarskich spotkań i degustacji, odkrywanie kolejnych interpretacji lokalnych szczepów, porównywanie terroir, stylów i koncepcji.

Kilka lat temu w winotece w Ortisei w dolinie Gardeny z pewnym zgorszeniem patrzyłem na rodaków ignorujących na półce lagreina i teroldego i sięgających po dobrze znane chianti. Przed rokiem w naszym agriturismo w Vigo di Fassa odwiedzili nas znajomi i zafascynowani postawili na stole butelkę świeżo dla siebie odkrytego marzemino… Świat idzie ku lepszemu. I – jak przypomina Marek Bieńczyk w swych Notatkach… – o to chodzi!

Tekst ukazał się w numerze 25 (1/2007)