Wenecja, wino, karnawał
2018-08-03





Serenissima

Tak nazywają miasto, które trwa zawieszone między wodą i niebem. Z góry oświetla je śródziemnomorskie słońce, z dołu refleksy odbite od tafli laguny. Tu sztuką jest wszystko, także woda. Pokolenia robotników umacniały brzegi, odmulały koryta rzek, wspierały mury. Bez ich upartej, mrówczej roboty miasto już dawno osunęłoby się w głębiny. A tak – płynie ponad wodą i ponad czasem…

Wenecją rządził z niebios święty Marek, a dopiero po nim doża. Wszystko wyłożone zostało w architekturze. Bazylika Św. Marka jest znacznie wyższa niż sąsiadujący z nią Pałac Dożów. A Plac Świętego Marka ze stadami gołębi i najdroższą cappuccino na świecie jest znacznie obszerniejszy niż skromna Piazzetta przed Pałacem Dożów. Zresztą i tu stoi kolumna ze skrzydlatym lwem, symbolem św. Marka u szczytu.  A przecież nie tylko tu, bo wszędzie, gdzie to potężne miasto-państwo zdobyło przyczółek, wysepkę, twierdzę – od razu stawiano kolumnę ze skrzydlatym lwem. Na wszystko, co można było przenieść lub przewieźć,  kładziono pieczęć z lwem świętego Marka. Jak kto  w dziejach miał Wenecji dość, bunt zaczynał od tego, że  strącał z cokołu znienawidzonego skrzydlatego lwa. Ten Marek był zresztą najbogatszym świętym świata. Patrycjusze, obywatele, a nawet cudzoziemcy znosili przez całe wieki do skarbca w jego Bazylice monety, klejnoty, relikwie, cenne rękopisy, druki, rzeźby. Dlaczego? A choćby po to, by ich imię uwiecznione zostało 

Pełen artykuł przeczytasz w najnowszym Magazynie Wino. Kup numer albo prenumeratę.