1.7.2014 Marek Bieńczyk ,

Indiana Jones w jaskini papy

Wakacje i wino to dla redaktorów świetny temat, powraca co roku, a taki Mundial ledwie raz na cztery lata. Poza tym na wakacje wszyscy (mniej więcej) się kwalifikują, podczas gdy mistrzostwa świata mamy równo przechlapane. Ciekawy zatem jestem, jakie to przygody z winem spotkają drogich czytelników podczas nadchodzącej kanikuły. Na pewno będą nadzwyczajne i mrożące krew w żyłach. Przypuszczenie to przypomina mi pewien rysunek z New Yorkera. Otóż na przybasenowych leżakach na pokładzie luksusowego okrętu przemierzającego ciepłe oceany rozmawiają dwie ladies w gustownych kapeluszach, jedna rzecze do drugiej: – Wyobraź sobie, jakaż przygoda spotkała mnie dzisiaj rano. W bufecie zabrakło kanapek!!!

W epoce rozwijającej się enoturystyki, kiedy to enoturyście podsuwa się pod nogi i na talerz skalkulowane zgodnie z założonym budżetem enoatrakcje, o wyczyny godne Indiany Jonesa coraz trudniej. Na szczęście prawdziwi ich amatorzy starają się jak mogą; przed dwoma laty dostałem list od chłopaków, którzy weszli na Mont-Blanc z butelką bodaj Moët-Chandona (nierocznikowego), zasponsorowaną, o ile pamięć mnie nie myli, przez polskiego importera. Czekam teraz na jakieś zimowe wejścia z szampanem rocznikowym w łapie.

Tak, nie wiecie, młode cieniaki, co to prawdziwa przygoda z winem, co to lód zamiast krwi w naszych tętnicach, co to najwyższe ryzyko, ale ja wam opowiem. Opowiem, jak to piłem wino w niesprzyjających okolicznościach. Opowieść również zaczyna się od Mont-Blanc, tyle że nie od góry, a od dołu. Od tunelu mianowicie.

Otóż – rok był 1978 – warowałem u jego wlotu z plecakiem na garbie i z osłabionym kumplem u boku (bardzo oszczędzaliśmy na jedzeniu), tracąc nadzieję, że ktoś nas przewiezie na włoską stronę. Tym bardziej, że lało rzęsiście. Dwóch objuczonych facetów na autostopie wygląda jak para beckettowska: od wielu godzin, od zarania dnia czeka absurdalnie na Godota czy innego Citroëna, który nie zajeżdża nawet w piątym akcie. No, ale wreszcie jakiś się zatrzymał. Renault 5, a w środku dwie młode panie. Pani kierowca – jak się później dowiedziałem – nie chciała nas brać na pokład, ale pani pasażer syknęła: – Nie bądź świnia, pada.

W siedemdziesiąt dwie godziny później siedzieliśmy na plaży w pobliżu Wenecji, piliśmy coś bardzo taniego i patrzyliśmy w bezkres Adriatyku jak w paszczę przyszłości; bryza wiała w buzię, było przyjemnie i proroczo. Później nastąpiło rozstanie, listy, telefony. Pani pasażerka przyjechała z zimową wizytą podziwiać Polskę późnego Gierka, ekspozycje octu na półkach jako jedynego powszechnie dostępnego; w sierpniu roku następnego udałem się po nią do Francji. Serca się spotkały, klamki zapadły, trzeba było tylko wywieźć ostatecznie ukochaną.

Po trzech dniach stopowania zawitałem do jej podparyskiego domu, który dzieliła z papą i mamą. Mama, niespełna zmysłów, leczyła się w zakładzie zamkniętym, ale była akurat na przepustce i patrzyła na mnie dziwnie miękkim, przejrzystym wzrokiem, uśmiechając się przy tym jak dziewczynka dotknięta objawieniem; myślałem o świętej Teresce z Lisieux, a ona o brodatym aniele, mon ange barbu, bo tak się do mnie zwracała. Tata, jak najbardziej zdrowy, widział mnie konkretnie i in nuce: jako syna szatana, który przybył tu z otchłani komunistycznego piekła, z jego najniższego kręgu, aby porwać jego córkę. Miał rację. Z mamą czułem się bezpieczniej.

Musiałem przeżyć tam trzy dni, przemykając cicho przy ścianach, kryjąc się za drzewami w ogrodzie, no ale jednak od czasu do czasu, w rytualnych porach posiłków, pojawiałem się przy rodzinnym stole. Skąd miałem tyle odwagi, by spożywać zupę cebulową i krwistego befsztyka pod nienawistnym spojrzeniem papy, nie mam pojęcia. Niech się schowa supermen wymachujący maczetą nad stadem rozwścieczonych i wygłodniałych tubylców, niech usiądzie w tamtej jadalni i spróbuje przełknąć kawałek camemberta, a szybko zatęskni za ludożercami.

Przyszła wieczerza ostatnia, plecaki były już spakowane, nazajutrz wyjść mieliśmy na drogę, pokonać 1800 kilometrów dzielących nas od mojego gniazdka w dzielnicy Piekło. Papa, jednak stara kindersztuba, zniknął na chwilę w piwnicy i wrócił z jakąś butelką. Siedzieliśmy w lodowatym milczeniu, nie zamieniając ani słowa, niczym mnisi trapiści spożywaliśmy posiłek, usiłując nie patrzeć na siebie, na talerze, na cokolwiek.

Wino błyszczało w kieliszku, nie miałem dość mocy, by je tknąć, wykonać jeszcze jeden dodatkowy gest. Jeszcze dzisiaj mam dreszcze i kulę się w sobie, wspominając tamten widok trójki ludzi (mama już wróciła do psychiatryka), poruszanych uczuciami miłości i nienawiści w stanie czystym i zmuszonych przez obrót okoliczności do wspólnej biesiady. W pewnym momencie papa uniósł swój kieliszek, spojrzał na mnie jak tasak na wieprzka i powiedział: – Napij się pan, bo tam, u siebie, szybko tego się pan nie napije.

Więc napiłem się, wino smakowało jak zimna krew, osocze wyciśnięte z tragedii Racine’a. Nie mam rzecz jasna pojęcia, co to było, pamiętam tylko niewyraźny zarys jakiejś budowli na etykietce, napis château i tyle. Pewnie jakieś bordeaux. I pewnie pierwsze poważniejsze wino w moim życiu, krzyż na drogę.

Droga trwała trzy dni, wreszcie stanęliśmy u wrót Piekła, nazajutrz skoczyłem po kajzerki i ser topiony, nowa rzeczywistość zaczęła się od zwykłego śniadania. A co do reszty... Cóż, papa znał życie, ogólnie rzecz biorąc, przeczucia go nie myliły, przez wiele lat tego się „u siebie nie napiłem”. Dopiero wiele, wiele lat później, gdy komuna dobiegła końca. Kto wie, myślę teraz, czy moje winomaństwo nie jest późną zemstą na szanownym papie pani pasażer.

 

Zdjęcia (1)

Warto przeczytać

Artykuł
Tydzień Trzech Króli

Znacie pewnie ten dowcip, więc posłuchajcie: w Central Parku kloszard ćmi na ławce skręta. Nagle widzi przed sobą nieznajomego mężczyznę, z długimi włosami, w tunice. Kloszard podaje mu skręta; nieznajamy zaciąga się głęboko kilka razy. – Kim jesteś? – pyta kloszard – Jestem Jezus z Nazaretu – odpowiada nieznajomy. Kloszard strzela z radości palcami: - I o to... więcej »

Artykuł
Plugawa pieśń psychiatry

Pisząc niegdyś felietony o winach dla pism niespecjalistycznych i szukając innych tematów niż mikroutlenianie czy odwrotna osmoza, zawsze jak na deskę ratunku wskakiwałem na wiersze mówiące o winie. Tu jeden poeta bąknął coś o węgrzynie, tam drugi wspomniał burgunda i felieton miałem jak w banku. Rzadko zdarzał się wybitny wiersz z winem w środku – niewątpliwe... więcej »

Artykuł
Droga, którą idę

Marek Bieńczyk To nie będzie kolejny tekst kombatancki, wprost przeciwnie, lecz zacznę od wspomnień. Otóż degustując ostatnio pewną butelkę, które skończyła swe dzieje w zlewie (było nas ośmiu i każdy wylał swój kieliszek), uprzytomniłem sobie nie bez lekkiego zażenowania, że jeszcze nie tak dawno temu pewnie bym brnął i wypił nalaną mi porcję. Pamiętam doskonale... więcej »

Artykuł
Nasze mineralne ego

We wspomnianej ostatnim razem książce Nossitera Władza i smak autor opisuje swą wizytę Chez Rabelais, czyli U Rabelais’ego. To nazwa niewielkiego sklepu z winami w V dzielnicy Paryża. Jego właściciel, Laurent, napisał do Nossitera po obejrzeniu Mondovino list z wyrazami solidarności. Nossiter z Laurentem, który ma względnie niewielką, albo bardzo dobraną selekcję win,... więcej »

Artykuł
Władza i smak

Książka Nossitera, która ukazała się we Francji pod koniec roku, jest wobec jego filmu Mondovino tym, czym grymas wobec uśmiechu, czym (mówiąc po gombrowiczowsku) rzyg wobec czkawki. Temu, kto uważał, że w filmie Mondovino jego twórca Jonathan Nossiter był nadto dogmatyczny, nieobiektywny i niesprawiedliwy, po lekturze Władzy i smaku zabraknie krytycznych... więcej »

Artykuł
Skazani na hecę

„Niewątpliwie lubię dobre wino, ale nie robię z tego powodu jakiejś większej hecy. Jest takie czerwone wino stołowe, valpolicella, które lubię pić zarówno w Austrii, jak i tutaj. Znosi transport znacznie lepiej niż chianti, które tutaj zawsze smakuje jak czerwony atrament”, opowiadał w rozmowie z Michealem Newmanem jeden z najwybitniejszych poetów... więcej »

Komentarze (1)

KrystianDodane: 2.07.2014

Doskonałe.

Odpowiedz




Kalendarium imprez
09.05

Wt

FENAVIN

Ciudad Real

01.06

Cz

Warsaw Food Expo 2017

Warszawa, Ptak Expo

02.06

Pt

Targi Pyszna Polska

Hala Stulecia, Wrocław

18.06

N

VINEXPO

Bordeaux

Do góry

ZAPISZ SIĘ NA NEWSLETTER


Ta strona korzysta z ciastek - małych plików tekstowych przechowywanych na komputerze użytkownika - celem ułatwienia korzystania z serwisu poprzez zapisywanie informacji o takich akcjach użytkowników jak np zalogowanie. Aby dowiedzieć się więcej kliknij tutaj »

ZAMKNIJ