Lubię tak podróżować

Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie właściwie każda butelka, którą otwieram, jest podróżą, i to w pełnej, czterowymiarowej czasoprzestrzeni. To podróż w przestrzeni, ale i w czasie. Na przykład teraz. Piszę ten felieton późną nocą, a w kieliszku mam porto. Nie jest to żadne słynne vintage, żadna stara colheita, można wręcz powiedzieć, że to porto supermarketowe, 20-letnie tawny z Marksa i Spencera. Butelkowane w roku 2014, a więc, jak to zwykle w dwudziestoletnim tawny bywa, zrobione z win powstałych mniej więcej 20 lat wcześniej. Okolice roku 1994, co ja wtedy robiłem, o czym myślałem, czym żyłem?

Mniejsza o szczegóły, w każdym razie wino wtedy już piłem (w tym i porto), choć dużo mniej świadomie niż dziś; w roku 1994 jeszcze nie sądziłem, że picie wina może być moim sposobem na życie.

Kilka tygodni temu też piłem porto i też odbyłem wtedy podróż. Nietypową, bo na pokładzie samolotu Boeing 787 Dreamliner. Tym bardziej nietypową, że samolot przez cały czas stał na płycie warszawskiego lotniska, a my podróżowaliśmy nie tyle w przestrzeni, co w czasie. Centrum Wina, które od kilku lat zaopatruje samoloty LOT-u w wina, razem z samą linią lotniczą

zorganizowało na pokładzie samolotu degustację. Próbowaliśmy winno-kulinarnej oferty klasy biznesowej dostępnej na trasach dalekowschodnich (może bez fajerwerków, ale z głodu i z pragnienia na pewno bym nie umarł), przy okazji wypróbowałem też siedzenia w bliższej moim realiom klasie ekonomicznej (w takich warunkach, z takim miejscem na nogi, to ja mogę latać!), ale będę szczery, to nie perspektywa przeżycia tych wrażeń skłoniła mnie do poświęcenia całego popołudnia na lotnisku. To ta druga część degustacji, która była podróżą prawdziwą, podróżą trochę w przestrzeni, ale przede wszystkim w czasie.

W Europie Wikipedia odnotowuje m.in. nieudany zamach na królową Wiktorię, w Stanach Zjednoczonych w tym roku został zastrzelony słynny bandyta Jesse James, a 4 września w Nowym Jorku Thomas Edison nacisnął pstryczek, dzięki czemu popłynął prąd z pierwszej na świecie komercyjnej elektrowni, który rozświetlił dobre dwa kilometry kwadratowe dolnego Manhattanu.

W tymże roku do Porto ze swej rodzinnej Szkocji przybył dziewiętnastoletni Andrew James Symington, by rozpocząć pracę w eksportującej porto firmie Graham’s. Kilka lat później ożenił się z Beatrice Leitão de Carvalhosa Atkinson, pochodzącą z rodziny która od wielu pokoleń handlowała porto. Dziś prowadzona przez jego potomków rodzinna firma Symington Family Estates kontroluje sporą część produkcji porto, należy do niej ponad 2 tys. ha ziemi w regionie, w tym ponad 1000 ha winnic i 27 różnych posiadłości, quintas. Do niej należy też historyczna marka Graham’s i to prezentacji jej sześciu win poświęcona była dreamlinerowa degustacja, którą poprowadził João Vasconcelos (pracuje u Symingtonów już dziesięć lat, ale po raz pierwszy prowadził degustację na pokładzie samolotu!). Najbardziej winiarsko kompetentna ekipa w historii LOT-u podała przybyłym sześć win, z których pięć pierwszych gorzej lub lepiej znałem z różnych wcześniejszych z nimi spotkań. Six Grapes Reserve, LBV 2009, Quinta do Malvedos 2001, wreszcie dwudziesto- i trzydziestoletnie Tawny jak zwykle wypadły bardzo dobrze (Six Grapes i trzydziestoletnie tawny wręcz nigdy mi tak bardzo nie smakowały jak tego właśnie dnia – to pierwsze jest stale obecne w karcie win klasy biznes). Gwiazdą wieczoru było jednak wino, którego chyba nikt nie wypluł, i to nie tylko dlatego, że podano je w naprawdę aptekarskiej ilości. Słynne porto Ne Oublie, wypuszczone w ubiegłym roku w ilości zaledwie 656 specjalnie zaprojektowanych kryształowych karafek (i pewnej liczby degustacyjnych ampułek – z jednej z nich nalano nam wino), pochodziło z jednej z trzech beczek wina zrobionego w tymże roku 1882, które wciąż pozostawały na składzie Graham’s (sto lat temu beczki, nazywane tam pipas, były cztery, ale zawartość jednej zużyto na dopełnianie trzech pozostałych, by uzupełnić ubytki powstałe przez parowanie). Siedziałem więc w całkiem wygodnym fotelu klasy biznes (miejsce 1F), wylizywałem z kieliszka ostatnie krople, usiłowałem sobie przypomnieć, co się działo w roku 1882 (później sprawdziłem, że w tym roku urodzili się m.in. A. A. Milne – ten od Kubusia Puchatka – i James Joyce – ten od Ulissesa). W pewnym momencie wyjrzałem za okno, a tam panowała zupełna ciemność, choć jeszcze chwilę wcześniej jasno świeciły lotniskowe lampy. Czyżby to wpływ wina? A może Edison wyłączył światło? Nie, żadnej magii, to system automatycznego przyciemniania szyb w dreamlinerze.

Pytacie o wino? No cóż, było takie jak być powinno (nie było to najstarsze wino, jakie piłem), superskoncentrowane (przez te ponad 130 lat w beczce parowała głównie woda i alkohol, reszta się zagęszczała), bardzo złożone, dzięki świetnej kwasowości wciąż bardzo żywe. Za mało go było, żeby porządnie się go napić, czy nawet uważnie je zdegustować, ale wystarczająco dużo, by je na długo zapamiętać. Dziękuję.

Aha, dwie beczki jeszcze zostały, na pewno nie będą butelkowane przed rokiem 2025, więc co młodsi czytelnicy też mają szansę!

Zdjęcia (0)

Warto przeczytać

Artykuł
Piękność jutra

Chodzi mi ten temat po głowie od jakiegoś czasu, choć tzw. krytykowi na stanowisku nie jest łatwo go ugryźć. Bo to święta krowa winopisarstwa, spiritus movens koneserskich tyrad. Myślę o hecy, jaką robimy wokół roczników. Nie tyle wokół różnic między nimi, które na szczęście w wielu rejonach świata istnieją, choć pewnie będą się zmniejszać (w takim... więcej »

Artykuł
Chleb i wino

Prosta, ewangeliczna formuła. Wyświechtana do granic możliwości. Znana nawet z warszawskiego Placu Zbawiciela w wersji light, czyli bagietka i prosecco. Osiadłszy, po latach włóczęgostwa, widzę wyraźnie, że gastronomia traktuje tę formułę symbolicznie. Ot, jeszcze jeden reklamowy greps niczym wspólny stół, „czekadełko”, splash między nazwami składników... więcej »

Artykuł
Tydzień Trzech Króli

Znacie pewnie ten dowcip, więc posłuchajcie: w Central Parku kloszard ćmi na ławce skręta. Nagle widzi przed sobą nieznajomego mężczyznę, z długimi włosami, w tunice. Kloszard podaje mu skręta; nieznajamy zaciąga się głęboko kilka razy. – Kim jesteś? – pyta kloszard – Jestem Jezus z Nazaretu – odpowiada nieznajomy. Kloszard strzela z radości palcami: - I o to... więcej »

Artykuł
Terroir w muzyce

Szukanie bezpośrednich analogii między winem i muzyką jest zadaniem dość karkołomnym. Gdy jednak w ciepły czerwcowy wieczór wychodziłem z Sali Kongresowej, byłem pewien, że taką analogię znalazłem. Dziś, po namyśle może nieco mniej do niej przekonany, dzielę się nią z Czytelnikami, zwłaszcza tymi, którzy prócz picia wina słuchają czasem jazzu, bo głównie... więcej »

Artykuł
Plugawa pieśń psychiatry

Pisząc niegdyś felietony o winach dla pism niespecjalistycznych i szukając innych tematów niż mikroutlenianie czy odwrotna osmoza, zawsze jak na deskę ratunku wskakiwałem na wiersze mówiące o winie. Tu jeden poeta bąknął coś o węgrzynie, tam drugi wspomniał burgunda i felieton miałem jak w banku. Rzadko zdarzał się wybitny wiersz z winem w środku – niewątpliwe... więcej »

Artykuł
Droga, którą idę

Marek Bieńczyk To nie będzie kolejny tekst kombatancki, wprost przeciwnie, lecz zacznę od wspomnień. Otóż degustując ostatnio pewną butelkę, które skończyła swe dzieje w zlewie (było nas ośmiu i każdy wylał swój kieliszek), uprzytomniłem sobie nie bez lekkiego zażenowania, że jeszcze nie tak dawno temu pewnie bym brnął i wypił nalaną mi porcję. Pamiętam doskonale... więcej »

Komentarze (0)

Brak komentarzy

Kalendarium imprez
Do góry

ZAPISZ SIĘ NA NEWSLETTER


Ta strona korzysta z ciastek - małych plików tekstowych przechowywanych na komputerze użytkownika - celem ułatwienia korzystania z serwisu poprzez zapisywanie informacji o takich akcjach użytkowników jak np zalogowanie. Aby dowiedzieć się więcej kliknij tutaj »

ZAMKNIJ