Rumunia: Kraj dla cierpliwych

Tradycja winiarska rodzi się tu na nowo. Po latach komunistycznej urawniłowki i dzikiego kapitalizmu sytuacja się normalizuje. Obok siebie działają potężne przetwórnie, zagraniczni inwestorzy i lokalni przedsiębiorcy. Do łask wracają autochtoniczne odmiany, a wina są coraz ciekawsze.

Klużańskie lotnisko międzynarodowe leży na wschód od miasta. Po wylądowaniu też jadę na wschód, więc nie mam szans choćby rzucić okiem na ulice stolicy Siedmiogrodu – drugiego co do wielkości ośrodka uniwersyteckiego Rumunii, miasta przemysłowego, miejsca narodzin króla Macieja Korwina, słynnego piłkarza Dorinela Munteanu i mojego ulubionego transylwańskiego pisarza Ádáma Bodora. Za to niemal natychmiast wpadam w sielski krajobraz zielonych, łagodnych siedmiogrodzkich wzgórz, między którymi wije się krajowa szosa nr 16.

Do Rumuni trzeba cierpliwości – Stasiukowej cierpliwości do permanentnego pierdolnika, akceptacji dla dziurawych jezdni, ciągłej drum in lucru (droga w przebudowie), szalonych kierowców, rdzy sypiącej się z żelbetowych bloków, tuzinów bezpańskich, wychudzonych i zapchlonych psów.

Człowiek niecierpliwy nie wytrzyma wymuszonej średniej prędkości jazdy, która nie przekracza 50 km/h, zobaczy wszędzie syf zamiast twórczego nieładu, a już na pewno nie zatrzyma się w Sărmăşel Gară. Dlaczego akurat tam? Bo tuż przy przejeździe kolejowym są dwa sklepy i jeden bar (i niewiele więcej), a dla wygody podróżnych, przed wszystkimi trzema przybytkami rozstawiono krzesła i stoliki; piwo timişoara jest zimne, ekspedientka, mimo bariery językowej, uprzejma i uśmiechnięta, podobnie jak miejscowi serdecznie dopuszczający obcego do swego mikrokosmosu. To jednak tylko scenografia. Świat rumuńskiego wina wygląda zupełnie inaczej.

Austriacki garaż

Batoş to kolejna transylwańska wioska. Ani ładniejsza, ani brzydsza od innych, leży u podnóża Karpat w malowniczej apelacji winiarskiej Lechinţa. Za bramą winiarni Liliac zaczyna się inny świat. Schludny, nowoczesny, choć nieepatujący architekturą budynek mógłby stać gdziekolwiek – we Włoszech, RPA czy choćby w leżącej na tej samej szerokości geograficznej Styrii. Zwłaszcza tam – inwestorzy są bowiem Austriakami i własne wzorce z powodzeniem przenoszą do Siedmiogrodu. Liliac to, jak się wkrótce okaże, przedsięwzięcie skromne, by nie powiedzieć – butikowe. Raptem 52 ha rozrzucone w okolicach Batoşa i Lechinţy. Winnice leżą na wysokości 660-700 m n.p.m., co zapewnia winom wystarczającą naturalną kwasowość. Liliac wszedł na rynek przebojem w 2012 r. dzięki nietypowemu, jak na Rumunię, sauvignon blanc – świeżemu, całkowicie wytrawnemu, robionemu w stali. Dziś stawia się tu przede wszystkim na odmiany lokalne (wszystkie trzy feteaski), ale tłoczy też świetnego merlota, intrygujące pinot noir i… pomarańczowe, robione w stylu naturalnym chardonnay. Właściciele są z branży deweloperskiej i marketing mają we krwi. Liliac to jednak nie żadna wydmuszka – za ładnym opakowaniem stoi solidna winiarska robota i konsekwentnie realizowany pomysł. Dziś to bez wątpienia jeden z najlepszych adresów w Rumunii.

Zamek giganta

Gdy w 2010 r. spędzałem w Rumunii wakacje, najbardziej dostępnym winem był tzw. riesling z Jidvei. Mogłem go kupić zarówno w szeklerskiej wsi we wschodniej Transylwanii, jak i nadmorskiej wiosce przy ujściu jednej z odnóg Dunaju. Piszę „tak zwany”, bo w butelce była graševina, czyli riesling włoski, z reńskim niemający nic wspólnego. Gdy podczas kwietniowej degustacji w Jidvei napomknąłem o konfuzji, jaką wywołuje myląca nazwa za granicą, dowiedziałem się, że to wino przeznaczone jest na rynek krajowy.

Na rynek krajowy przeznaczone są także hektolitry robionych w Rumunii win półwytrawnych. Pod tym względem tamtejszy przeciętny konsument nie różni się wiele od polskiego. Produkująca co roku 8 mln butelek Jidvei doskonale się w tym odnajduje i z popytem nie walczy. Duża część win z owoców pochodzących z własnych 2,5 tys. ha (tak, tak – to nie pomyłka) ma taki właśnie, nie do końca wytrawny charakter. Nie znaczy to, że Jidvei nie dba o bardziej wyrafinowane podniebienia. Wina z serii Owner’s Choice – Ana Chardonnay i dłużej dojrzewające Maria Pinot Gris – należą do solidnego mainstreamu, nawet jeśli trącą anonimowością. Warto spróbować także kupażu sauvignon blanc i feteaski regali o nazwie Tezaur. Właściciele firmy deklarują zresztą duże przywiązanie do sauvignon blanc – moda na tę odmianę dotarła i w Karpaty. Na szczęście klimat środkowego Siedmiogrodu sauvignon sprzyja.

Wina produkowane są w kilku winiarniach. Kolumną czarnych suv-ów trąbiących na pieszych mkniemy setką przez wioski, by dotrzeć do ultranowoczesnej wytwórni wzniesionej na porośniętym winogradem wzgórzu. Rzędy wielkich stalowych kadzi zajmują kolejne tarasy w górnej części zbocza. Wszystko na wolnym powietrzu, błyszczy się w słońcu. Takiej winiarni pozazdrościliby Jidvei i Australijczycy, i Chilijczycy. Tym większe zdumienie budzi drugi należący do firmy, stary zakład przetwórczy w wiosce Jidvei odziedziczony (sic!) po epoce światłych rządów Nicolae Ceaușescu – mocno spatynowany i lekko zardzewiały. Oba znajdują się na przeciwległych biegunach współczesnego rumuńskiego winiarstwa. Taka zresztą wydaje się cała firma Jidvei, stojąca jedną nogą w starych, drugą w zupełnie nowych czasach. 

Osobny rozdział jej działalności to Castelul Bethlen-Haller, podniesiony z ruin średniowieczny zamek w Cetatea de Baltă, w sercu apelacji Târnave, której oznaczenia noszą wina Jidvei. W dawnych budynkach gospodarczych wokół zamku przygotowano kilka bardzo wygodnych apartamentów z pięknym widokiem na transylwańskie wzgórza.

Bąbelki imperialne

Trasa na południowy wschód wiedzie przez Sighişoarę, jedno z najbardziej niezwykłych miast Siedmiogrodu i Bałkanów w ogóle. Jego zawiła historia (tę XX-wieczną świetnie opisał w powieści Fortepian we mgle Eginald Schlatner) została niepodzielnie zawłaszczona przez Włada Palownika, znanego powszechnie jako Drakula. Koszmarne wizerunki krwawego hospodara wołoskiego straszą z tysięcy t-shirtów, kubków i magnesów na lodówkę, które zajmują liczne stragany, co mimo wszystko nie przysłania uroku położonej na stromym wzgórzu starówki. I choć tłum przyjezdnych zalewa latem miasto, Sighişoara to konieczny punkt transylwańskiej wyprawy. Zwłaszcza, że można tu dobrze zjeść – choćby zabielane flaki (ciorba de burta) przy Strada Şcolii czy smaczne dania lokalnej kuchni w obszernej restauracji findesieclowego hotelu Central Park, wybudowanego w 1897 r. przez miejscowego biznesmena Josefa B. Teutscha.

Gdy docieram do Azugi, Karpaty toną w wieczornej mgle i ledwie mogę rozpoznać, że stoję u wrót jednego z popularnych górskich kurortów. Następnego dnia, gdy słońce rozwieje chmury, w pobliskiej Sinai, rumuńskiej Krynicy, przekonam się o krótkotrwałej chwale Królestwa Rumunii, patrząc na imponujące, choć często zamknięte lub wystawione na sprzedaż wille niegdysiejszych możnych, przede wszystkim zaś odwiedzając odrestaurowany kompleks pałaców Peleş i Pelişor, wybudowanych na polecenie króla Karola I (który dokonał tam zresztą żywota w 1914 roku).

Na razie jednak gospodarze w Azudze ostrzegają mnie przed szwendaniem się po nocy (niedźwiedzie!) i zapraszają do starej piwnicy, gdzie od 1892 r. powstaje jedno z ciekawszych rumuńskich win musujących. Sprowadzeni w Karpaty pod koniec XIX w. Niemcy zaczęli robić metodą tradycyjną w chłodnym górskim klimacie (grona przywożone są z innych części kraju – współcześnie z Dealu Mare) wysokiej klasy sekty, które wkrótce trafiły na salony. Rhein Extra Brut serwowany był m.in. na koronacji Ferdynanda I w Alba Iulia w 1922 r. Nawet komuniści nie pozwolili sobie na przerwanie produkcji bąbelków w Azudze (weterani degustacji z czasów PRL-u pamiętają być może, że wina sprowadzał do Polski Agros). Dziś wciąż robi się tu świetne białe Impérial z chardonnay i Rosé z pinot noir – oba wciąż jako extra brut. I ponownie Rhein Azuga jest oficjalnym dostawcą win musujących na dwór rumuńskiego króla Michała I (nawet jeśli on sam abdykował blisko 70 lat temu).

Firmę kupił Brytyjczyk John Halewood. Zaczął w 1997 r. od przejęcia winiarni w nieodległym Ploeşti. Teraz ma 350 ha winnic – najwięcej, 175 ha – w Dealu Mare, gdzie robi przede wszystkim wina czerwone. W Sebeş-Apold w Transylwanii powstają białe, a w nadmorskim Murfatlarze w Dobrudży – ekologiczne. Z białych najbardziej podobał mi się viognier Rhea z Dealu Mare. Z tego samego regionu pochodzi specjalność Halewooda – czerwone wina z serii Hyperion: Fetească Neagră, Cabernet Sauvignon, Kronos Pinot Noir, przede wszystkim zaś Chairman's Reserve Cabernet Sauvignon; bardzo dobry jest też murfatlarski Neptunus Shiraz – wszystkie nowoczesne, dość beczkowe i skoncentrowane, ale czyste i dobrze zrobione (choć mówiące o Rumunii jedynie tyle, że można tu uzyskać wysokiej klasy dojrzały owoc).

Merlot pod armatami

Winnic Domenille Blaga strzegą zdezelowane armaty, których proweniencja najwyraźniej sięga czasów Rumuńskiej Armii Ludowej. Mihai Blaga kupił je dla kaprysu, bo akurat były niedrogie. Wygląda na to, że to jego typowe zachowanie.
Blaga z wykształcenia jest chemikiem, z zawodu przedsiębiorcą. Dwa pierwsze hektary winnic kupił od ojca kolegi ze szkoły. Nowe hobby wciągnęło go na tyle, że rozszerzył plantację do 45 ha. Finansuje ją z handlu lakierami samochodowymi. W winiarni w Năeni w Dealu Mare, Mihai robi, co chce. Na pytanie o odmiany endemiczne odpowiada: – Skoro fetească neagră smakuje jak podrabiany merlot, czemu nie sięgnąć po oryginał? I rzeczywiście, merlot wychodzi mu zdecydowanie lepiej niż fetească. Zwłaszcza ten ze starych, liczących kilkadziesiąt lat winnic. Blaga prowadzi je „niemal” ekologicznie, choć bez certyfikatów. Jego wina są pełne miękkiego owocu, ani nowoczesne, ani przesadnie tradycyjne. Za to hedonistycznie smaczne, z Valea Mieilor Merlot i Cabernet Sauvignon (z niezaznaczoną na etykiecie 15-proc. domieszką tegoż merlota) na czele. Z białych robi zgrabną, świeżą, cytrusową Feteaskę Regală. Żałuje, że nowe regulacje zabraniają używania w regionie chasselas, które w dawnych czasach miało być w Dealu Mare na porządku dziennym. Klasyczne białe wino „od chłopa” składało się z tej kojarzonej dziś głównie ze Szwajcarią odmiany i obu feteasek.

Blaga przyznaje, że w gorętszych latach musi w swym białym winie korygować kwasowość. A te w Dealu Mare zdarzają się nader często. Po chłodnych dniach w Siedmiogrodzie i przekroczeniu Karpat, cieszę się słońcem i wiosennym upałem. Bez trudu można tu zrozumieć fenomen regionu, w którym czerwone grona dojrzewają tak łatwo. Winnice Blagi leżą na łagodnych zboczach wzgórz Istrita opadających ku południowemu wschodowi. U ich stóp – bezkresna, otwierająca się ku Morzu Czarnemu, gorąca równina. Na do widzenia jeszcze kieliszek domowej ţujki (rodzaj grappy) pędzonej przez zaprzyjaźnionego nauczyciela z sąsiedniej wsi.

Vrancea graniczna

Chodniki w Fokszany ubierają się w kostkę bauma, zdarte jezdnie wyczekują nowego asfaltu. Poza główną ulicą większość miasta można by, przy odrobinie wyobraźni, określić mianem rozbudowanej dzielnicy willowej, gdyby nie odgłosy kogutów i kur dobiegające zza ogrodzeń z blachy – raz falistej, raz wściekle błyszczącej i gładkiej. Niebo zakrywa kłębowisko kabli – to widok typowy w każdym rumuńskim siole.

Na obrzeżach sąsiedniego, mniejszego Odobeşti, w pobliżu opuszczonego budynku dworca kolejowego (postawnego i przed laty z pewnością eleganckiego) napotykam zakład dla obłąkanych. Pojedyncze postaci kiwają się samotnie na ławkach w cieniu drzew. Część mieszkańców okolicznych, na wpół zrujnowanych bloków także wygląda trochę na pensjonariuszy. Bieda kole w oczy. Trzy przecznice dalej stara piwnica kryje winne archiwum firmy Vincon, jednego z krajowych potentatów robiącego neutralne smakowo wina zaspokajające gusta szerokiej publiczności. Ciekawsze wydają się propozycje innych producentów z Vrancea – niedużej Casa Ochean, zwłaszcza zaś nowoczesnej Crama Grîboiu, gdzie znajdziemy lokalne perełki, jak choćby białe wino Tectonic Şarba. W obu dobrze smakuje fetească neagră.

Vrancea to nominalnie podregion rumuńskiej Mołdawii ze stolicą we wspomnianych Fokszanach. W istocie leży na granicy z ciepłą Oltenią, dzięki czemu tutejsi winiarze mogą uprawiać więcej odmian czerwonych niż na niedalekiej północy. Dzieli się na trzy sąsiadujące ze sobą apelacje: Cotești, Odobești i Panciu. Średnia wysokość (od 400 do 500 m n.p.m.) pozwala robić wina świeże i zrównoważone. Przyjezdny może tego nie zauważyć, ale to z Vrancei płynie na rumuński rynek rzeka win różowych – wytrawnych i częściej demi-sec. – Ile zrobimy, tyle wypiją – mówią winiarze.

Epizod w Bukareszcie

Ostatnie godziny przed powrotem do Polski spędzam na targach winiarskich Good Wine w rumuńskiej stolicy. Próbuję dobrych win środka z Budureasca (Dealu Mare) i Crama Oprişor (Oltenia). Szczególną uwagę zwraca murfatlarska Domeniul Bogdan, robiąca wina ekologiczne, choć jeszcze bez certyfikatu. Najmocniejsze wrażenie robi jednak kolejne już (bywa często w Polsce i na różnorakich targach) spotkanie z baronem Jakobem Krippem. Pochodzący z Meranu arystokrata wziął ślub z księżną Ştirbey. Po 1990 r. udało im się odzyskać rodowy majątek żony w Oltenii. Od lat pod marką Prince Ştirbey robią jedne z najciekawszych i oryginalnych win w Rumunii (by wspomnieć tylko świetny Brut z odmiany novac czy pyszne Negru de Drăgăşani). Należy mu się osobna opowieść, którą z pewnością niedługo w Magazynie Wino przeczytacie. Kripp, podobnie jak Austriacy z Liliaca, pokazuje, że rumuńskim winiarzom potrzebne jest spojrzenie z zewnątrz, znajomość międzynarodowego kontekstu, by robić wina, które będą nie tylko smaczne i technicznie poprawne, ale również będą opowiadać o lokalnym siedlisku.

Nie brak we współczesnej Rumunii dobrych, świetnie wyposażonych winiarni i właściwie prowadzonych winnic. Widać wyraźnie powrót do rodzimych odmian i to, że rośnie na nie popyt. Tutejsze wina pije się zazwyczaj dobrze i wielu nie można odmówić warsztatowej świetności. Ale wciąż zbyt rzadko czuć w nich regionalną swoistość, oryginalny, niespotykany gdzie indziej charakter. Wszystko wydaje się jednak kwestią czasu, a Rumunię warto odwiedzić już teraz, choćby po to, by za kilka lat mieć porównanie. Poza tym w wielu miejscach postkomunistyczna patyna bywa malownicza – nie zapomnijcie tylko o cierpliwości.

Jak dojechać?

Do września 1939 r. wystarczyło po prostu przekroczyć granicę, by znaleźć się od razu w Rumunii. Dziś najprostsza trasa wiedzie przez wschodnią Słowację i obrzeża Tokaju na Węgrzech. Trasa z przejścia granicznego w Barwinku do Oradei liczy ok. 370 km. Warto pamiętać, że Rumunia to rozległy kraj – z Oradei przy granicy węgierskiej do Konstancy nad Morzem Czarnym jest ponad 800 km.

Dzięki uruchomionemu w tym roku przez LOT połączeniu z Warszawy do Kluż-Napoki, w Transylwanii można się znaleźć w mniej niż dwie godziny (loty w poniedziałki, środy, piątki i soboty). Trzy razy dziennie lata też samolot z Warszawy do Bukaresztu, skąd blisko już do Oltenii, Muntenii, Dobrudży czy rumuńskiej Mołdawii.

Podróż pociągiem trwa ponad dobę i wymaga przesiadki w Budapeszcie. Za to pociąg Dacia do Bukaresztu zatrzymuje się po drodze m.in. w Sibiu, Braszowie, Sinai i Poleşti.

Zdjęcia (2)

Warto przeczytać

Artykuł
Pierwszy łyk

Skłonność do map miałem od dziecka. „Atlas Świata” przygotowany w 1962 r. przez Służby Topograficzne Wojska Polskiego, tomiszcze wielkie niemal jak wówczas ja sam, z trudem ściągałem z półki. Był jedną z ulubionych lektur dzieciństwa. Należał do dziadka i jest moją po nim najcenniejszą pamiątką. Pierwsza winiarska mapa – prezent od przyjaciela –... więcej »

Artykuł
Rioja in blanco

Trudno pisać o winie, którego nie ma. Nie istnieje w świadomości konsumenta, bo rioja kojarzona jest przede wszystkim z czerwienią. Nie ma jej na rynku – pięknych białych rioj w starym stylu próżno w Polsce szukać. Z kolei przeciętna viura, na której biała Rioja bazuje, znika wśród innych białych win, nie wyróżniając się niczym. Na kłopoty:... więcej »

Artykuł
Porto i Douro: nad wielką rzeką

Po co pchać się na wino na drugi koniec Europy? Po pierwsze mają tam porto – niezrównane i w wielu swych odsłonach niemal nieśmiertelne wino wzmacniane. Po drugie jest tam Porto – tajemnicze, pięknie położone miasto wciąż niepoddające się dyktatowi masowej turystyki. Po trzecie – uroda doliny Douro ma na świecie niewielką konkurencję. Leżące ledwie 100 km od... więcej »

Artykuł
Po co udawać rybę

Wydaje się, że kulinarne gesty nie mają ukrytych znaczeń ani barwnej historii. A jednak! Wyjadając ostatnie łyżki zupy, talerz należy odchylić od siebie. Dlaczego? Przecież to niepraktyczne. Zwyczaj powstał w XIX w. w angielskiej kawalerii. Kiedy żołnierze byli w drodze, często nie mieli czasu zatrzymać się na popas i jedli zupę, nie zsiadając z koni. Gdy przechylali manierki do siebie... więcej »

Artykuł
Pani Teresa od pączków

Zaczęło się od pączków z różą, doszliśmy do kabanosów z koźlęcia, a po drodze były sery. Tak się toczy moja znajomość z państwem Wasielewiczami. Teresą i Wacławem. Oczywiście sery są, pączki i kabanosy zresztą też. A wszystko to w Grucznie, mekce slowfoodowego jedzenia. Kiedy jeszcze byłem w tak zwanym Komitecie Sterującym tego wydarzenia, podczas którejś z... więcej »

Komentarze (0)

Brak komentarzy




Kalendarium imprez
09.05

Wt

FENAVIN

Ciudad Real

01.06

Cz

Warsaw Food Expo 2017

Warszawa, Ptak Expo

02.06

Pt

Targi Pyszna Polska

Hala Stulecia, Wrocław

18.06

N

VINEXPO

Bordeaux

Do góry

ZAPISZ SIĘ NA NEWSLETTER


Ta strona korzysta z ciastek - małych plików tekstowych przechowywanych na komputerze użytkownika - celem ułatwienia korzystania z serwisu poprzez zapisywanie informacji o takich akcjach użytkowników jak np zalogowanie. Aby dowiedzieć się więcej kliknij tutaj »

ZAMKNIJ