Chłopcy i mężczyźni. Douro Boys w Warszawie
2008-11-21






fot. WB

Nieczęsto się zdarza, by na jednej degustacji posmakować Quinta do Vale Meão, Vale Dona Maria CV, Charme od Niepoorta, nowego, niewypuszczonego jeszcze na rynek wina Adelaide z Quinta do Vallado, a na deser doprawić najlepszymi porto. A to zaledwie wierzchołek winiarskiej góry, która na początku lata wyrosła nad Warszawą.

25 czerwca stolicę nawiedzili Douro Boys, czyli znana na całej planecie grupa pięciu czołowych producentów z tego czołowego już europejskiego regionu win czerwonych i słodkich. Gorącego przedpołudnia we wnętrzach otwartego specjalnie dla nas w czasie remontu Hotelu Europejskiego spróbowaliśmy aż 29 win. I bez żadnego ryzyka mogę powiedzieć, że nie było wśród nich wina słabego. Od fantastycznie szczerych, mięsistych, krwisto-mineralnych win podstawowych z 2006 i 2007 – gwiazdą oprócz arcysolidnego Vallado i Berka Niepoorta z autorską etykietą Andrzeja Mleczki było tu Vale Meão Meandro, bodaj najlepsze w Europie wino za 9 euro – aż po rzeczone okręty wojenne. Z tych ostatnich dobre chwile przeżywało Charme 2006 Niepoorta, wino dialektyczne, które w poprzednich miesiącach zdawało się nazbyt beczkowe i płaskie, a tym razem ujęło autentyczną finezją i stylowością. Bardzo dobra w mocnym, czekoladowym stylu była Touriga Nacional z Quinta do Crasto, choć w sumie niewiele lepsza od Reserva Vinhas Velhas z tej samej Quinty, kolejnego wina smakującego jak trzy razy droższa kopia samego siebie.

Douro Men

Nie był to może dzień Quinta do Vale Meão – rocznik 2006 wyszedł tu nieco nazbyt likierowy i bez normalnej świeżości, ale doświadczenie uczy, że ze wszystkich Douro Boys posiadłość rodziny Olazabal potrzebuje zwykle najwięcej czasu. Klasą dla siebie okazała się produkcja Quinta do Vale Dona Maria. W mym arcysubiektywnym odczuciu jest to od lat najsolidniejsze, najgłębsze, najbardziej terroirystyczne wino nad Douro; w warszawskim przeglądzie rocznik 2006 (a także tańsza etykieta Van Zellers i droższa, ekstraktywna CV) wypadł niezwykle okazale, zwłaszcza dzięki fantastycznej kwasowej świeżości. Degustowaliśmy w większości wina z rocznika 2006 r., niełatwego, deszczowego, w którym wysoką jakość osiągnąć można było tylko deklasując 25–30 proc. gron – i summa summarum wina zdecydowanie się obroniły. Niby degustowaliśmy tu śmietankę europejskiej śmietanki, ale jest to rocznik, jak mawiają Anglicy, który odróżnia chłopców od mężczyzn – i bez ryzyka można powiedzieć, że Douro Boys okazali się Douro Men.

A porto? Poza jednym tawny od Vallado piliśmy vintage z 2005. Rocznik ten nie doczekał się szerokiej deklaracji wśród wielkich producentów – Graham, Taylor, Fonseca i reszta tego typu domów zrobiła tylko wina single quinta – zaś degustując soczyste, świeże, ze znakomitym chrupkim garbnikiem wina od Vale Dona Maria i Niepoorta (bez dwóch zdań najlepsze porto z Douro Boys) wypadało tylko uśmiechać się z pobłażaniem dla zbytniej ostrożności Anglosasów. Za 20 lat rocznik dołączy najpewniej do 1976 i 1995 w panteonie najlepszych „niedoszłych” deklaracji.

Mineralna niespodzianka

Wina czerwone sobie, lecz chyba nie tylko dla mnie pozytywną niespodzianką warszawskiej prezentacji okazały się białe. Douro z nich nie słynie i w przeszłości dostarczało w tym kolorze butelek często płaskich, przegrzanych i banalnych, lecz stało się już truizmem, że ich potencjał jest tym regionie wcale niemały. Jakości win białych sprzyjają leżące nieco dalej od rzeki Douro, wyżej położone (nierzadko na 700–800 m n.p.m.) gleby granitowe, gdzie winogrona zachowują dobrą kwasowość. Nowe Branco z Quinta do Crasto (bezbeczkowe, ale przypominające w sumie beczkowego pessaka), znany duet Branco i Branco Reserva z Quinta do Vallado, bardzo solidne, beczkowo-mineralne VZ z Vale Dona Maria oraz trójka pewniaków od Niepoorta (Tiara, Redoma i Redoma Reserva) dostarczyły doprawdy niebanalnych wrażeń: są to wina niezbyt aromatyczne, ale skoncentrowane, dobrze świeże, zarazem z mocną mineralną strukturą, która nie boi się starzenia w beczce.

Ten gorący czerwcowy dzień nastał kilka dni po klęsce portugalskich piłkarzy w Mistrzostwach Europy, ale przyniósł Portugalii wielki triumf winiarski na naszej ziemi. Tym większy, że wszystkie przedstawiające się posiadłości mają od kilku lat polskich importerów (Niepoort – Atlantika, Quinta do Crasto – Sobiesław Zasada, Vallado, Vale Dona Maria i Vale Meão – Mielżyński), a mocny kurs złotówki wobec euro jeszcze bardziej uwypukla ich znakomity stosunek jakości wobec ceny. Bez żadnego ryzyka można zatem stwierdzić, że za 35–50 zł (wina podstawowe) i 150–200 zł (większość flagowych) nie da się w Polsce kupić wspanialszych butelek.

Tekst ukazał się w numerze 34 (4/2008)