Plugawa pieśń psychiatry
2008-11-21






fot. WB

Pisząc niegdyś felietony o winach dla pism niespecjalistycznych i szukając innych tematów niż mikroutlenianie czy odwrotna osmoza, zawsze jak na deskę ratunku wskakiwałem na wiersze mówiące o winie.

Tu jeden poeta bąknął coś o węgrzynie, tam drugi wspomniał burgunda i felieton miałem jak w banku. Rzadko zdarzał się wybitny wiersz z winem w środku – niewątpliwe najpiękniejszym, jaki znam, jest Ren Apollinaire’a – ale przy odpowiedniej interpretacji i omówieniu motywu szło rzecz napisać. Dlatego z pewnym przerażeniem przeczytałem wiersz psychiatry Karadžicia, zamieszczony przez „Dziennik” w dzień po jego schwytaniu. Słoweński filozof Žižek w swym komentarzu do aresztowania psychiatry, specjalisty od medycyny alternatywnej, cytuje go w całości.

Nawróćcie się na moją wiarę
Proponuję wam coś, czego nikt
Wcześniej nie miał
Proponuję wam surowość i wino
Ten, który nie będzie miał chleba,
Zostanie nakarmiony światłem mojego
Słońca
W mojej wierze nic nie jest zakazane
Jest miłość i picie
I patrzenie na Słońce tak długo, jak
Tylko chcecie
Ten bóg niczego wam nie zabrania
Posłuchajcie mojego wezwania, bracia

Na nasze szczęście nie jest to wiersz wybitny; lepiej, jest to ledwie ułożona w biały wiersz deklaracja grafomańska. Na nasze nieszczęście motyw wina jest w niej dość ważny i Karadžić dwukrotnie o winie wspomina. Jednak przede wszystkim niepokoi towarzystwo, w jakim wino u towarzysza psychiatry występuje. Jest nim surowość, klimat powagi, napięcia i ogołocenia. Wino zostaje włączone w pewną ideową całość, wyrazistą i ostro formułowaną. Istniejące w bałkańskiej tradycji zwieranie się wątków ezoterycznych i faszystowskich, ascezy i uniesienia, upojenia i surowości miało w literaturze różne, lepsze i gorsze realizacje. Lepsze to Cioran i Eliade choćby. Nie zdziwiło mnie przeto aż tak bardzo zdjęcie, na którym zobaczyłem Karadžicia jako felczera okultystę w hinduskim owłosieniu.

Nie po raz pierwszy w dziejach wino ma wspierać ideologię i mitologię solarną, mitologię boga-słońce, która u poety psychiatry miesza się z myślą polityczną i narodową, służy tej ostatniej za poetycką trampolinę. Niemieccy poeci preromantyczni, a później Wagner i Nietzsche, również łączyli wino, nadając mu wizerunek substancji najczystszej, alchemicznej, z taką czy inną mitologią narodową. Gdyby Karadžić ograniczył się do nędznych mistycyzujących elukubracji na papierze, byłoby w tym pół biedy. Jako morderca nadaje swoim wersom ciężar nie do zniesienia. Poza długoletnim pobytem w pierdlu powinien zostać skazany na wieczne wypluwanie wina.

To może mało stosowny żart, ale cała ta historia uzmysławia mi, jak bardzo jest mi obcy ideowy żywioł wina, sięgający bachicznej tradycji dyskurs o winie jako substancji przemienienia. Gdzie tylko pojawia się w mówieniu o winie jakaś boskość, jakiś absolut, jakaś transcendencja, jakieś identyfikacja wina z życiodajną krwią, z ideą totalną itp., biorę nogi za pas i wypluwam wino jeszcze zamaszyściej. Nawet wesołe kuplety śpiewane przez miłych staruszków w różnych bractwach winiarskich działają mi na nerwy. W Burgundii, gdzie jest to w modzie, w takich chwilach chowam się pod stół albo uciekam do toalety. Wolę wygadywać głupstwa o budowie wina i niepełnym finiszu, przyrównywać wina do Bóg wie czego – mężczyzn, kobiet, muzyki czy malarstwa – niż wzlatywać do nieba na wina grzbiecie.

Wielokrotnie słyszałem nad moimi dużymi uszami zżymania nad dzieleniem włosa na czworo przy analizie każdego łyka, nad bajdurzeniem i pleceniem trzy po trzy; wielokrotnie sam zżymałem się na siebie za snucie głodnych kawałków o degustowanym winie i za ucieczkę od upojenia jako stanu lepiej świadczącego o człowieczeństwie. Jak długie dzieje ludzkości pokazują, lepiej jednak przesadzać z metaforami niż z ideami i wierszyk psychiatry wzmacnia moją skłonność do dubów smalonych oraz podbudowuje potrzebę istnienia takich pism, jak choćby Magazyn WINO, gdzie nowy rocznik barolo czy tokaju wydaje się wydarzeniem równie wielkim, co bitwa pod Waterloo.

Oczywiście wszyscy mówiący o winie – zwłaszcza do kamer czy mikrofonów – wino w ten czy w inny sposób umityczniają, nawet na skromny, domorosły sposób. Sam w tej materii czuję się czystym, banalnym roussoistą, czyli wyznawcą prostolinijnej zasady: bądźmy ze sobą i nic więcej nie róbmy. XVIII-wieczny filozof Rousseau, przypomnę, uważał, że wino jest najlepszym społecznym cementem, zwłaszcza dla ludzi samotnych, zagubionych. W jego najsłynniejszej powieści Nowa Heloiza sceny zbiorowego winobrania należą do najbardziej sielankowych obrazów i są esencją szczęścia. Ale jest to cokolwiek inne szczęście zbiorowości, niż to obiecane przez solarnego boga psychiatry: tam się jest razem i niczego więcej od życia nie wymaga, a już zwłaszcza nie pojawia się tam nikt, który chce nas prowadzić do Prawdy.

Próbujemy wierzyć, że wino, ono jedno, nie wyzwala agresji, służy poczuciu bliskości i tak dalej, że pijąc je, odpędzamy wszystkie złe myśli i do nikogo nie czujemy złości. To przyjemna, nieszkodliwa wiara, na którą wszak zebrałem przez 15 lat degustacji niemało dowodów. Cholerny psychiatra pokalał nam gniazdo, za co do dożywocia w pierdlu, które go czeka, dorzucam jeszcze dodatkowy roczek.

Tekst ukazał się w numerze 34 (4/2008)