Polskie wino. Bez składów i podpisu strażaka
2008-11-21






Wojciech Bosak, Wiktor Bruszewski

Po latach upominania się o swoje prawa nasi winiarze mogą wreszcie produkować wino na zasadach choć trochę podobnych do obowiązujących w innych europejskich krajach winiarskich.

fot. Przemysław Karwowski

Victoria! Polskie wino w końcu wyzwoliło się z więzów absurdalnych przepisów. 10 lipca tuż przed północą Sejm uchwalił jednogłośnie zmianę dwóch ustaw, które dotąd skutecznie zniechęcały winiarzy do podjęcia komercyjnej produkcji. W tym roku będą oni mogli już wytwarzać wino na sprzedaż bez uciążliwej konieczności prowadzenia tzw. składu podatkowego i wpłaty wysokiego zabezpieczenia akcyzowego. Nie będą też wymagane własne laboratoria, urządzenia do butelkowania, „systemy kontroli wewnętrznej”, „plany zakładu”, zaświadczenia od komendanta straży pożarnej i inspekcji ochrony środowiska, itp., itd.

Wprawdzie zmiany te dotyczą tylko producentów, którzy wytwarzają rocznie do 100 tys. litrów wina i to wyłącznie z własnych winogron, ale na razie innych u nas nie ma. A jeśli komuś uda się kiedyś rozwinąć produkcję na większą skalę, ten pewnie poradzi sobie też ze składem i laboratorium. Rocznik 2008 przyjdzie nam więc wspominać jako historyczny, pierwszy, w którym polskie wino gronowe będzie miało szansę trafić do sklepów i restauracji w majestacie prawa.

Daleka droga

O problemach polskich winiarzy pisaliśmy już parokrotnie (m.in. Magazyn WINO 4/2006), więc przypomnijmy tylko pokrótce, co ich do tej pory tak bardzo bolało. Wraz z wejściem do Unii Europejskiej Polska otrzymała bardzo korzystne warunki do rozwoju rodzimego winiarstwa. Jako jedyny kraj UE posiadający większe obszary przydatne dla towarowej uprawy winorośli nie zostaliśmy objęci zakazem sadzenia nowych winnic, a do tego nasi rolnicy mogli się starać o spore fundusze na rozwój produkcji winiarskiej. Z tych możliwości skorzystaliśmy jednak w stopniu minimalnym, a na drodze temu stanęło… polskie prawo.

Naszych (w ogromnej większości drobnych) producentów win gronowych objęto regulacjami prawnymi, które wymyślono dla wielkich „fabryk” win owocowych. Pomijając nonsensy wynikające z zupełnie innej specyfiki i technologii produkcji, niektóre z narzuconych winiarzom obowiązków były przy tak małej skali wyrobu wręcz niemożliwe do spełnienia. Szczególnie uciążliwy okazał się wymóg, aby wino było produkowane w składzie podatkowym. Nic więc dziwnego, że nikt u nas dotąd oficjalnie takiej produkcji nie rozpoczął, pomimo tego, że w ostatnich latach winnic w Polsce przybywało jak grzybów po deszczu i niejedna z nich mogłaby już na winie nieźle zarabiać.

Polscy producenci wina od początku chcieli tylko, aby traktowano ich na równi z kolegami z innych krajów europejskich. W prawie unijnym funkcjonuje pojęcie „drobnego producenta” win gronowych, który wytwarza do 100 tys. l rocznie (w naszych warunkach jest to mniej więcej skala produkcji z 15–20 ha winnic). W całej Unii tacy winiarze są zwolnieni z prowadzenia składów podatkowych. No i oczywiście w żadnym normalnym kraju nikt nie wymyśliłby, aby przy wyrobie paru tysięcy butelek rocznie trzeba było mieć własne laboratorium, linię do butelkowania oraz żeby wyznaczać „drogi przemieszczania surowców i wyrobów gotowych” w piwnicy wielkości przeciętnego garażu!


fot. Przemysław Karwowski

Cud lipcowej nocy

Starania winiarzy o bardziej przychylne prawo rozpoczęły się jeszcze przed wstąpieniem Polski do Unii. Przez te lata bombardowali oni urzędników i parlamentarzystów swoimi postulatami i przedstawiali projekty zmian prawnych. Niektóre z tych propozycji trafiły nawet do Sejmu, ale tam sprawy się rozmywały i dotychczasowe efekty tych starań były – mówiąc oględnie – kosmetyczne. Powstały w końcu rządowe projekty ustaw uwzględniające te postulaty, ale miały one wejść w życie dopiero w przyszłym roku, więc kolejny rocznik polskiego wina wydawał się stracony.

Kiedy więc producenci z Zielonej Góry namówili swoich parlamentarzystów do podjęcia kolejnej inicjatywy ustawodawczej, z początku wydawało się, że będzie to kolejna sprawa „na Świętego nigdy”. A tu niespodzianka – projekt przeszedł niczym spec-ustawa i po niecałych dwóch tygodnia wszystkie postulowane od lat zmiany były już uchwalone! Przy tym nasi parlamentarzyści, dla dobra polskiego winiarstwa, a może po prostu dla świętego spokoju wznieśli się ponad wszelkie podziały i wykazali niespotykaną wręcz jednomyślność. In vino pax.

Nawet doroczny termin zgłoszenia produkcji wina do Agencji Rynku Rolnego, choć wydawało się to nierealne, został przesunięty z 1 sierpnia na wrzesień, tak aby producenci zdążyli ze wszystkimi formalnościami i mogli już legalnie sprzedawać wino z najbliższych zbiorów. Jedyna rzecz, która okazała się naprawdę niemożliwa, to dopuszczenie do sprzedaży zapasów wina z poprzednich roczników. Orędowało za tym nawet Ministerstwo Finansów, motywowane jakże praktyczną wizją poboru VAT-u i akcyzy, lecz niestety byłoby to niezgodne z przepisami unijnymi.

A więc wreszcie stało się, jest już normalnie. No, prawie normalnie, bo winiarzom pozostają jeszcze boje z Sanepidem i wynikające z ustawy antyalkoholowej warunki sprzedaży wina, bardziej restrykcyjne niż w większości krajów europejskich. Ale to już szersze zagadnienie, dotyczące nie tylko polskich win gronowych, a też problem jest to nieporównanie mniejszy, niż osławione składy podatkowe. Nie mamy wątpliwości, że to nocne głosowanie otwiera zupełne nowy rozdział w najnowszej historii polskiego winiarstwa. Zobaczymy, jak w tej sytuacji znajdą się sami winiarze i jak wielu z nich zdecyduje się na komercyjną działalność.

Co dalej?

Nadchodząca normalność to nie tylko łatwiejsze procedury i niższe koszty związane z rozpoczęciem produkcji wina. Teraz pewnie szybko też skończy się swoista taryfa ulgowa, którą cieszyło się polskie wino w swoim młodzieńczym, heroiczno-partyzanckim okresie. Urzędnicy zaczną regularnie zaglądać winiarzom do kadzi i sprawdzać, czy to, co jest sprzedawane jako polskie wino gronowe, jest rzeczywiście polskie i odpowiada wszystkim przepisom krajowym i unijnym. Konsumenci staną się mniej wyrozumiali, kiedy będą mogli to wino kupić normalnie, a nie po partyzancku i zaczną w nim szukać jakości w znaczeniu uniwersalnym, a nie tylko jakości naszej, polskiej, heroicznej. Krytycy będą mówić prawdę prosto z mostu, jeśli wino będzie do kitu.

Powierzchnię winnic w Polsce szacuje się dziś na ponad 300 ha, a biorąc pod uwagę tempo nowych nasadzeń, w najbliższym czasie areał ten może wzrosnąć nawet dwukrotnie. Jeśli nawet pewną tego część stanowią uprawy amatorskie, to niewykluczone, że już za parę lat nasi winiarze będą dostarczać na rynek nawet parę milionów butelek rocznie. Niby niewiele, ale będzie to stanowiło jakieś 1–2 proc. całej krajowej konsumpcji wina. Na naszym rynku znajdzie się pewnie miejsce dla kilkudziesięciu większych, parohektarowych gospodarstw winiarskich i może nawet dla kilku setek mniejszych winnic, traktowanych jako dodatkowe źródło dochodu, szczególnie w gospodarstwach agroturystycznych.

Jak pokazują choćby doświadczenia angielskie, przy takiej skali produkcji może już dojść do pewnej konkurencji, zwłaszcza między większymi winnicami, które będą chciały sprzedawać swoje wyroby do sklepów i restauracji. Od takich producentów konsumenci zaczną wymagać dobrego wina po uczciwej cenie, a ci którzy nie będą spełniać tych warunków, z czasem wypadną z gry. Zapewne mniej narażeni na te wolnorynkowe rygory będą drobni winiarze, sprzedający swoje wina wyłącznie lokalnie, w miejscu produkcji. Sukces takich niewielkich gospodarstw winiarskich będzie w równym stopniu zależał od jakości wina, jak od lokalizacji, ciekawej oferty turystycznej i ogólnej atmosfery miejsca. Wszystkim życzymy powodzenia!

Tekst ukazał się w numerze 34 (4/2008)