Od Redakcji
2008-11-21





Tomasz Prange-Barczyński

Nie pamiętam swojego pierwszego friulańskiego wina. Musiałem wypić je w Udine, pewnie w okolicach 1998 r. Najprawdopodobniej był to kieliszek albo pół karafki tocai friulano, bo cóż innego mógłby mi podać kelner w prostej oberży. Dami un taj, zwykło się mówić we Friuli prosząc o kieliszek chłodnego, rześkiego bianco.

Ale dziś Collio to nie tylko rześkość i gaszenie pragnienia. W ciągu ostatnich dwóch dekad tutejsi winiarze wprosili się na włoskie salony wnosząc jakość, o jaką wcześniej w Itali – gdy idzie o wina białe – było bardzo trudno. Nazwiska takie jak Schiopetto, Gravner, Felluga, Radikon czy Manferrari zaczęły znaczyć we włoskiej hierarchii bardzo wiele. Collio, ale i sąsiednie apelacje: Colli Orientali del Friuli, Isonzo, Grave czy niewielkie, choć fascynujące Carso stały się celem pielgrzymek miłośników terroir, czystej ekspresji siedliska, fascynujących wariacji na temat szczepów – tych znanych na całym świecie i tych zupełnie lokalnych.

Dziś wina z Collio znajdują wreszcie miejsce także i na polskim rynku. Mamy już butelki gwiazdorskie, teraz chciałoby się prosić o więcej – o wszystkie te przesmaczne sauvignony, friulany, białe pinoty, merloty i cabernety, które nie kosztują majątku, a które winiarze z Collio tworzą w pocie czoła, ku naszej radości. W czasie marcowej degustacji w regionalnej winotece w Cormòns zostałem postawiony przed rzędem sześćdziesięciu butelek z DOC collio. Organizatorzy przewidzieli na próbę godzinę. Odmówiłem powrotu do hotelu autokarem, ryzykując czterokilometrowy spacer we wczesnowiosennym, zimnym deszczu, ale nie mogłem pozostawić niezdegustowanych win. Racja była po mojej stronie. Przestało padać, a wina smakowały tego popołudnia wyśmienicie.

Raptem przed miesiącem, w drodze na wakacje, po długim dniu za kierownicą zatrzymałem się w okolicach Gemony, na skraju Friuli. I znów poprosiłem o kieliszek białego wina. I znów był to lany z barowego „kija” tocai friulano, pardon!, friulano, za skromne 70 centów szklanka. I jak to bywa w takich sytuacjach, znów był najlepszym możliwym winem w tamtej chwili.

Tekst ukazał się w numerze 34 (4/2008)