Château Dauzac: zamiast prozacu
2008-11-21






fot. Château Dauzac

 Jeszcze nie zdążymy poprawić się za kierownicą, gdy wjeżdżając w apelację Margaux słynną drogą D2, wiodącą przez cały Médoc, trafiamy na Château Dauzac.

To pierwsza poważna – nie licząc dopiero co miniętych Château Cantemerle i La Lagune (Haut-Médoc) – posiadłość w defiladzie kilkudziesięciu zamków rozłożonych po obu stronach tej szosy. Trudno Dauzaka nie zauważyć, tym bardziej, że po ostatnich regulacjach wewnątrz apelacji Margaux zyskał 3 ha, co jest pięknym kąskiem. Niektóre inne posiadłości, zwłaszcza te mniej znane, potraciły nieco ziemi, zdeklasyfikowanej do poziomu Haut-Médoc. Jeden Issan zyskał więcej, bo aż 7 ha.

Trudno więc nie zauważyć, ale czy warto się zatrzymać? Dauzac, piąte, „ciche”, jak powiadają z lubością przewodniki, gdy nie wiedzą co powiedzieć, cru classé, nie cieszy się w porównaniu z innymi tuzami apelacji nadmiernym respektem. Ceny są bardzo przyzwoite, dostępność pełna. Ponieważ ceny wyznaczają w Bordeaux prestiż, można by mieć pewne aprioryczne uprzedzenia. Kiedyś napisałem z dobrą wiarą o burgundach państwa Heresztyn, że są tanie i państwo Heresztyn nie zważając na koszty dzwonili do mnie do Polski na komórkę wściekli, by zapewnić, że ich wina wcale nie są tanie. Drogie są, bardzo drogie! – krzyczeli do słuchawki. W porządku, jak ktoś woli płacić dwa razy tyle za, dajmy na to, Château Lascombes, w miarę bliskiego sąsiada Dauzac, to jego sprawa. Od nowoczesnej i mdłej wersji margaux, jaką prezentuje Lascombes, wolę wina tradycyjne, jak właśnie Dauzac.

Nie znaczy to, iż posiadłość produkuje margaux podręcznikowe, które lubię najbardziej: delikatne, eleganckie, z tych, co to trzeba językiem szukać po ustach. Dauzac nie skąpi dość potężnej materii, jak w bardzo tu udanym 2005 i – co podkreśla kilka źródeł – 2006, i nie spowija się w koronki finezji i nie zapuszcza w meandry złożoności, ale całość jest tu naturalna, niewymuszona. Spodziewać się można pewnie wzrostu (mam nadzieję, że nie „unowocześnienia”) jakości; od 2004 r. zamek wyposażył się w nowy sprzęt, choćby w małe kadzie stalowe. 240-hektolitrowe (ze specjalnym systemem do rozbijania kożucha), ale Christine marzy już o jeszcze mniejszych, na 180 hl. Poza tym jej też Lascombes nie smakuje. Christine nie używa modernistycznych technik bordoskich typu mikroutlenianie czy druga fermentacja w beczce; na początek rozmowy brzmi to dla mnie zachęcająco.

Christine, czyli Christine Lurton. Nazwisko Państwu powie za dużo, czyli niewiele, no bo która to gałąź Lurtonów? Tylu ich jest, ród płodny, każdy Lurton w winie robi, towarzystwo obsiadło planetę od Andów po Pireneje i dalej. Christine jest jednym z siedmiorga dzieci André Lurtona, jednego z czterech braci, wszystkich ważnych dla francuskich i nie tylko dziejów wina. Ale André, dziś bardzo już wiekowy nestor rodu, jest bodaj najbardziej emblematyczny. W jego władaniu są przede wszystkim posiadłości w Graves i Pessac-Léognan, z białym klasykiem Couhins-Lurton i czerwono-białym La Louvière na czele. Amatorom bordeaux zawsze powtarzam: nie wiecie czego się dzisiaj napić, napijcie się czerwonego la Louvière, a zawsze poczujecie się w domu.

Christine, skoro mowa o tradycji, terminowała u samego Émile’a Peynauda. Przez lata pracowała bowiem w słynnym Clos Fourtet w Saint-Émilion, gdzie profesor doradzał. Niestety, w 2000 r. Lurtonowie posiadłość sprzedali, wypada żałować, ale i tak nie jest to największa strata. Bywały gorsze błędy strategiczne: wiele lat temu zabrakło nieco wyobraźni, a może i pieniędzy, by zostać współwłaścicielem Château Margaux, a było to całkiem możliwe.

Dauzac również do Lurtonów nie należy – Christine jest dyrektorem i zarządcą. Długoletni właściciel, ród Miailhe, sprzedał go w 1989 r. towarzystwu ubezpieczeniowemu MAIF, które miało na tyle zdrowego rozsądku, by zwrócić się o prowadzenie posiadłości właśnie do Lurtonów, a nie do medialnych gwiazd enologii. Tu enologiem-doradcą jest człowiek instytucja starego, klasycznego medoka, od saint-estèphe po margaux: pan Boissenot (z synem). Tak się dziwnie składa, że tam, gdzie wyparł go z fotela Michel Rolland, wina stały się – w mym odczuciu – gorsze. No dobrze, nie będę robił za Nossitera i znowu dowalał Rollandowi. W każdym razie spośród medokańskich apelacji margaux jest najbardziej Lurtonowskie. I najbardziej ze wszystkich apelacji pasuje do stylu rodziny, jeśli założyć, że wyznacza go nestor André. Do kuzyna Christine, Henri, należy Château Brane-Cantenac, w tej chwili mieszczący się zdecydowanie w czołówce apelacji. Do jego brata Gonzague’a – Durfort-Vivens. To dość nisko ceniona, choć klasyfikowana posiadłość, ja ją lubię za typową delikatność. Do innego jeszcze brata – Denisa – należy również klasyfikowany Desmirail. Tu jest na razie gorzej, posiadłość nie może od lat wyjść na prostą; od paru lat zapowiadane są radykalne zmiany, ale na efekty trzeba czekać i na razie wstrzymać się z otwieraniem portfela, choć zdarzają się pojedyncze dobre roczniki.

Wracam do dziejów Dauzaka, by powiedzieć, że i tu, jak w większości zamków medokańskich, swój istotny wkład mieli Anglosasi, a konkretnie sławny ród Lynchów, który pod koniec XVIII w. posadził tu krzewy. Posiadłość poza wszystkim innym zasłynęła z ważnego wynalazku, bez którego trudno by sobie wyobrazić życie na winnicach bordoskich w XX, a nawet w XXI w. To tutejszy zarządca Ernest David podsunął słynnemu prof. Alexisowi Millardet pomysł na zwalczanie mączniaka: mieszaninę wapna i siarczanu miedzi. Obaj wspólnie opracowali receptę i proporcje, i tak w 1885 r. powstała „zupa bordoska”, bouillie bordelaise, bez której piwo byśmy raczej dzisiaj żłopali, a nie wino smakowali.

Dauzac to duża posiadłość, leżąca na 120 ha, ale samych winnic jest nieco ponad 40 ha. Ma dobre terroir: typową żwirową glebę medokańską croupes graveleuses, z tego ponad kilometr w linii prostej winnic dochodzących niemal do samego estuarium Żyrondy, które na wysokości Dauzac właśnie się zaczyna. Grona dojrzewają tu szybciej, Dauzac na ogół pierwszy w całej apelacji zaczyna zbiory; jest bodaj najbliżej wody spośród liczących się châteaux. Uprawia się tu ok. 60 proc. cabernet sauvignon i 40 proc. merlota. W tej chwili nie ma już tu prawie w ogóle cabernet franc, który do pierwszego wina nie wchodzi. Kilka hektarów sklasyfikowanych jest jako AOC haut-médoc i butelkowanych pod nazwą Château Laborde. Natomiast drugie wino posiadłości zwie się La Bastide de Dauzac i stanowi niemal 50 proc. całej produkcji; to sporo. Nowej beczki nie używa się tu nadmiernie, od 50 do 80 proc. Wina nie są szczególnie długowieczne, 10 lat starczy, by w pełni dojrzały. Z ostatnich roczników obok 2005 warto zwrócić uwagę na wspomniany 2006, w dalszej kolejności – 2002, 2004 i 2001.

Za co warto lubić wina z Margaux? Bywają to w Médoc wina najmniej wysilone; nie trzeba się przy nich napinać, walczyć z nimi. Emocje są często o wiele mniejsze niż przy winach z Pauillac czy Saint-Julien, ale przez swój spokój mają margaux coś balsamicznego, łagodzącego. W każdym razie lepszy Dauzac niż prozac.

Tekst ukazał się w numerze 34 (4/2008)