Od redakcji
2008-11-26






fot. K. Wellman

Tomasz Prange-Barczyński

W rześki wrześniowy ranek wchodziłem w Trarbach na pokład niedużego statku Weisse Flotte „Gräfin Loretta”. Z grupą zaprzyjaźnionych winomaniaków mieliśmy pokonać odcinek Mozeli do Bernkastel. Niewielki, za to najważniejszy. Nie miała to być zwykła przejażdżka statkiem. Podróżowały z nami bowiem butelki z sześcioma rieslingami z siedlisk mieszczących się wzdłuż trasy: Wolfer Goldgrube (Daniel Vollenweider, Kabinett), Erdener Treppchen (Markus Molitor, Kabinett trocken), Ürziger Würzgarten (Joh. Jos. Christoffel Erben, Kabinett trocken), Zeltinger Sonnenuhr (Joh. Jos. Prüm, Spätlese), Wehlener Sonnenuhr (Wegeler, Spätlese) i wreszcie Bernkasteler Doctor (Dr. H. Thanisch, Auslese). Idea była prosta: otwierać butelki i próbować zawarte w nich wino, przepływając pod daną winnicą. Degustacja okazała się nie lada wyzwaniem, o ile bowiem zaczynaliśmy leniwie, a Goldgrube miało być raczej na zachętę (w konsekwencji okazało się fenomenalnie zrównoważonym kabinettem, w którym ledwie wyczuwalny niuans resztkowego cukru zaostrzył nasze apetyty), to już między Erden a Ürzig zrobiło się nerwowo. Nie umilkły bowiem dyskusje na temat ostrego Treppchen Molitora, wciąż pachnącego drożdżami i wzbudzającego emocje i dyskusje (za ile lat powinniśmy sięgnąć po tego kabinetta?), a już trzeba było otwierać genialne w swej mineralności, rzeczywiście pełne Würzen wino Christoffela (na marginesie to bodaj najlepszy nad Mozelą stosunek jakości do ceny – 9,90 euro). Na szczęście cztery kilometry dalej w górę rzeki jest śluza. „Gräfin Loretta” musiała się zatrzymać, a my mogliśmy w spokoju zabrać się za pełne, soczyste, kamienne Spätlese Prüma. Gdy statek ruszył, nie pozostało nam nic innego, jak delektować się delikatnym, znów skalnym, krągłym winem Wegelera. Dziękowałem opatrzności, że nie dopuściła, bym zabrał na statek jakiegokolwiek rieslinga z Graach – czy to z siedliska Domprobst, czy Himmelreich. Nie mieliśmy też szczęśliwie nawet kropli z Lay na przedmieściach Bernkastel – dzisiejsze statki mozelskiej białej floty płyną po prostu zbyt szybko nawet w górę rzeki; idealna zdawałoby się degustacja może przypadkiem zmienić się w pijacki wyścig. Doctor doktora Thanischa, obłędnie słodki, gęsty riesling, który zaprzecza wszelkim teoriom, jakoby cukier miał maskować walory terroir, pozostał zatem idealnym epilogiem tej krótkiej podróży, tym milszym, że kwadrans później stołowaliśmy się u stóp winnicy, z której pochodziło wino.

„Znajomi winomaniacy” to grupa, z którą co roku ruszam w Europę cieszyć się winem. Degustowaliśmy już w Toskanii, pijaliśmy w La Rioja. Cieszyłem się jak dziecko, serwując im na pokładzie białego stateczku na Mozeli kolejne rieslingi i widząc emocje, jakie wzbudzają wina z odległych nierzadko o ledwie kilkaset metrów winnic. Byłem dumny, gdy przekonywali się wzajemnie, czy lepszy kabinett, czy może jednak spätlese; całkiem trocken, czy nieco lieblich. „Znajomi winomaniacy” jeżdżą po winnicach nie dla znawstwa, ale dla czystej przyjemności. Próbują wina, by je kupić, kupują, by wypić. Mozelski riesing sprawiał im przyjemność nie mniejszą niż mnie.

W Polsce tymczasem wciąż się trochę rieslinga boimy, nie ufamy jego wysokiej kwasowości i resztkowemu cukrowi, wreszcie niemieckim korzeniom. W naszym październikowym numerze składamy rieslingowi hołd. Bo to odmiana kochana przez każdego z redaktorów i degustatorów Magazynu WINO. Mamy nadzieję dać właściwe narzędzia wszystkim tym, którzy naszą pasję podzielają, a niezdecydowanych przekonać. Albo przynajmniej namówić.

Niech żyje król riesling!

Tekst ukazał się w numerze 35 (5/2008)