Pierwszy łyk
2015-12-21





Pamiętam swój pierwszy łyk pewnego irlandzkiego piwa (nie tego najbardziej znanego, choć o podobnych cechach). Berlin lat dziewięćdziesiątych. Nigdy wcześniej żaden trunek (używam tego słowa świadomie, choć jako redaktor ruguję je ze wszystkich tekstów, gdy odnosi się wprost do wina) nie sprawił mi tak wielkiej, czysto fizycznej przyjemności. Piana dosłownie pieściła mi usta, a wrażenie było niemal erotyczne.

Piwo pijam z przyjemnością do dziś, wciąż zwracając uwagę na pianę. Do dziś zostało mi także swoiste skrzywienie – tak na to patrzę, słuchając uwag współdegustatorów (gdy próbujemy win musujących) – Co ty ciągle z tą pienistością? ‒ A przecież (czy tak myślę naprawdę tylko ja?) piana i musowanie to połowa frajdy w piciu bąbelków. Ożywcze muskanie w wargi, dziąsła, potok maleńkich banieczek dwutlenku węgla drgających na języku, czysta zmysłowość od wersji light,czyli frizzante, po full wypas w pięknie dojrzałych rocznikowych szampanach, które nie zdążyły jeszcze zamienić się w li tylko wino (nawet najpiękniejsze na świecie). Takiego mam hyzia i co mi zrobicie?

Bardzo bym chciał, by Polacy – wszelkiego sortu – pili więcej win musujących. Nie żebym miał w tym jakiś interes – wydaje mi się tylko, że większa skłonność do celebracji niechby udanego poniedziałku to oznaka lepszego samopoczucia. Dlatego nie zżymam się aż tak bardzo, że w warszawskich, krakowskich czy łódzkich barach lejące się z kega lekko musujące wino nazywa się niezgodnie z prawem i zasadami prosecco. Wciąż mam nadzieję, że wszyscy, którzy wymogli fakt pojawienia się bąbelkowej glery w moim lokalnym barze „U Araba” na Kępie Potockiej pośród rzędu kranów z piwem i utrzymują jego istnienie od kilku ładnych miesięcy, to obecni lub przyszli winomani. Może nie na poziomie eksperckim, ale takim właśnie codziennym, spacerowym, luzackim. Bo jeśli dziś przyjdzie im do głowy zapłacić 12 zł za mały kieliszek niby-prosecco (choć taniej mają naprawdę fajne pół litra kraftowego piwa), jutro prawdopodobnie zażądają misy wypełnionej lodem z prawdziwym tym razem prosecco w butelce. Iluzja? Jestem gotów się założyć.

Tym bardziej, że imponujący panel win musujących nie-szampanów przeprowadzony na potrzeby tego numeru Magazynu Wino pokazał, że importerzy są w stanie wyszukać naprawdę fajne butelki i oferować je w sensownych cenach.

A zatem, jak co roku przypominamy – karnawał to świetny czas na bąbelki, ale dziś, także w Polsce, możecie znaleźć pyszne wina musujące, które można dobrać do każdej okazji. Życzenia na 2016? Pijcie musiaki przez cały rok!

 

Spis treści