Pierwszy łyk
2016-05-17





 

Podróż po negru de drăgăşani


Mam słabość do Europy Wschodniej. Owszem, wypicie starszego rocznika morey-saint-denis sprawia mi wielką przyjemność, fascynują mnie różnice w poszczególnych siedliskach nad Mozelą i Renem, tłukę się na drugi koniec kontynentu, by spróbować nowego rocznika nerello mascalese, ale też z prawdziwą ekscytacją ruszam w głęboki Bałkan – przed rokiem do Bułgarii, dosłownie kilka dni temu do Rumunii. Jadę z pełną świadomością, że większa część win, których spróbuję, nie będzie się umywała do chianti classico, saumur czy tourigi z Dão. A jednak chęć obserwacji zmian, wiecznego work-in-progress, żmudnego dochodzenia do tego, do czego inni już dawno doszli, każe mi pakować walizkę i wsiadać w auto czy samolot.


Z takim właśnie podnieceniem schodziłem w kwietniu na płytę lotniska w Klużu-Napoce (czy jakby woleli niektórzy, w Koloszwarze), by tłuc się przez trzy dni busikiem przez bezdroża Transylwanii i Dealu Mare. Rumunia, ze swym wielonarodowym dziedzictwem, pogmatwaną historią i trudną rzeczywistością, pełna różnorodnych krajobrazów i klimatów idealnie zaspokaja moje potrzeby odkryć. Gdy pięć lat temu spędzałem tu dwutygodniowe wakacje, najlepszym, co mogło mnie winiarsko spotkać, był węgierski supermarket, w którym, po dumpingowych cenach, sprzedawano flaszki z Egeru i Villány. Poza tym skazany byłem na wina jednej z gigantycznych firm powstałych przez uwłaszczenie starych kombinatów winiarskich; na wciąż tego samego rieslinga (który w istocie był welschrieslingiem) z bodaj pięciu różnych roczników. Najstarszy udało mi się kupić w nagrzanym słońcem GS-ie w delcie Dunaju. Smakował… staro.


Rok temu wróciłem do Rumunii sędziować w Międzynarodowym Konkursie Winiarskim w Bukareszcie (IWCB) i przy tej okazji odwiedziłem kilka nowoczesnych winiarni. Były zazwyczaj świetnie zorganizowane, ultranowoczesne, wyposażone w patenty, o których wielu włoskim czy francuskim winiarzom nawet się nie śniło. Wypiłem mnóstwo dobrych win, których smak natychmiast zapomniałem – gładkich, smacznych, międzynarodowych w stylu. Ale też odbyłem wiele rozmów, z których jasno wynikało, że przynajmniej część producentów zdaje sobie sprawę z konieczności powrotu do rodzimych odmian i stworzenia rumuńskiego znaku firmowego.


W czasie tegorocznej podróży zrozumiałem po raz kolejny, że to, czego najbardziej brakuje rumuńskim winiarzom, to ciągłość tradycji. Świat trzeba wymyślić tu od nowa. W dodatku sytuacja finansowa kraju sprawia, że winem mogą zajmować się albo kapryśni milionerzy, albo wielkie przedsiębiorstwa. Tysiąc, dwa tysiące hektarów w jednych rękach to rzecz zupełnie normalna. Kilku winiarzy podkreślało skromność swego biznesu, bo w końcu robią na tylko (sic!) stu kilkudziesięciu hektarach. Przy takiej skali bardziej myśli się o rynku zbytu, mniej o oryginalności i odbudowywaniu winiarskiej tożsamości. A gdy jeszcze bogaty właściciel prywatnie najbardziej lubi merlota albo sauvignon blanc…


Ostatnim winiarzem, z jakim spotkałem się w Rumunii – już na winiarskich targach w Bukareszcie – był baron Jakob Kripp, który od lat zajmuje się w odzyskanym majątku żony w Oltenii (Prince Ştirbey) produkcją wina. Paradoksalnie to właśnie on, wywodzący się z Południowego Tyrolu arystokrata, jest najbardziej zakręcony na punkcie lokalnych siedlisk i odmian. I nie mówimy o popularnych feteascăch, ale o tak rzadkich szczepach jak novac, crămpoşi czy genialne negru de drăgăşani. Czy świat będzie to pił? Nie wiem. Ja na pewno tak i znam sporą bandę winomaniaków, którzy sięgną właśnie po negru, a nie kolejnego anonimowego caberneta. Takich jak Kripp jest w Rumunii więcej i warto dla nich odbyć żmudną podróż na południowy wschód. Tę swoją opiszę szczegółowo już w kolejnym numerze Magazynu Wino.


W tym stawiamy przed czytelnikami dużo prostsze zadanie: odkryć miejsca winiarskie w Polsce. Nasi rodzimi producenci także muszą zbudować swoją tożsamość i to bez autochtonicznych szczepów. Zdziwicie się jednak widząc, jak dobrze im to wychodzi.