Pierwszy łyk
2016-07-20





Pierwszy łyk - Wakacje winomana

 

Branimir oświadczył, że jest największym producentem na świecie. Największym producentem grka, rzadkiej białej odmiany porastającej niemal wyłącznie południowo-wschodni zakątek chorwackiej wyspy Korčula, w okolicach Lumbardy. Był rok 2004 i Branimir miał pełne prawo chełpić się swym statusem. Światowe uprawy grka wynosiły wówczas ok. 3 ha (wszystko wokół Lumbardy), a on sam miał z tego cały jeden hektar. Gdy po blisko dekadzie wróciłem na Korčulę, grka rosło na wyspie bodaj trzy razy więcej, co nie zmienia faktu, że wciąż pozostaje on jedną z najrzadszych odmian w basenie Morza Śródziemnego. Pojawiło się kilku nowych winiarzy zafascynowanych charakternym szczepem, Branimir Cebalo (bo o nim mowa) utracił status lidera, stoi jednak za wydaniem grubego albumu poświęconego grkowi.

Można oczywiście mówić o szajbie. Ta dotyka winiarzy i osoby zakochane w winie nierzadko. Nie znam jednak nikogo, kto będąc na Korčuli spróbował grka i go nie polubił (w redakcji mam drugiego członka klubu grkolubów, Andrzeja Daszkiewicza). Mówi się, że chorwacki winiarz Mike Grgich, który najpierw wyemigrował do Kalifornii, gdzie stał się jednym z najwybitniejszych i uznanych producentów, potem zaś wrócił do wolnej Chorwacji i w latach 1990. założył własną winiarnię na półwyspie Pelješac, swoje białe wino chciał robić właśnie z korczulańskiego grka. Powierzchnia upraw okazała się jednak zbyt mała, by zaspokoić jego potrzeby. Ostatecznie stanęło na pošipie, jednym z bohaterów wiodącej w tym numerze opowieści o ikonicznych odmianach z basenu Morza Śródziemnego.

W czasie majowego konkursu IWBC w rumuńskim Fokszany miałem przyjemność sędziować razem z Janicą Tomić, córką słynnego chorwackiego winiarza z wyspy Hvar. W rozmowie z nią wspomniałem własne wakacje na wyspie i świetne, lekkie wino, które wyszło spod ręki jej ojca, Andro. Tomiciowie robili je, pozyskując grona pošipu z maleńkiej, kamienistej wysepki Sveti Klement, leżącej u południowych wybrzeży Hvaru. Janica ze smutkiem przyznała, że musieli – ze względu na koszty i logistyczne trudności – zarzucić ten projekt i wina już nie ma.

Wakacje winomana to właśnie pogoń za grkiem, winami z maleńkich wysepek, które (wina, nie wysepki) raz są, raz ich nie ma. To poszukiwanie odmian rzadkich, z których wina na ogół nie opuszczają okolicy, w której powstają. Niekoniecznie odmian wielkich – pošip ze Svetiego Klementu był po prostu wybornie smaczny, towarzysząc półmiskowi ryb, ośmiornic i kalmarów z grilla podczas sierpniowego wieczoru w Jelsie. Grk jednak to coś więcej – daje wina piaskowo-skalne, o zaskakująco dobrej strukturze, nie tylko apetyczne, ale też bardzo intrygujące.

Swego czasu, poszukując win endemicznych na hiszpańskim wybrzeżu poniżej Granady, zacząłem popadać w rozpacz. Na bufetach wine barów stały boleśnie powtarzalne butelki riojy, ribery del duero, modne i podobne do siebie verdejo oraz sauvignon blanc z Ruedy. A ja marzyłem o kieliszku fino z Montilli-Moriles. Wreszcie, gdzieś w okolicach Almuñécar, w barze na plaży dostrzegłem kartkę z odręcznie wypisanym markerem hasłem: Hay vino del terreno. A więc jest, kolejne odkrycie, może nie fino, ale zawsze z lokalnego siedliska. Barman wymienił moje cztery euro na copitę brunatnej cieczy. Wino z miejscowego terreno było mętne, utlenione jak cholera i koszmarnie gorzkie. No cóż, w wakacje winomana wpisany jest także element ryzyka.

 

Tomasz Prange-Barczyński