Prosecco: ocean i perły
2016-08-26





Zagadnę cię teraz, drogi czytelniku, o ulubiony region winiarski, szczep winorośli i producenta. Zamknij oczy i pomyśl. Następnie zastanów się, co odpowiedzieliby twoi znajomi winomani. Jeżeli nie masz pomysłu, możesz podpytać.

Nie wiem, co przyszło do głowy tobie i im. Wiem za to prawie na pewno, co nie przyszło. Prosecco. Nie znam nikogo, kto by darzył je tą wyjątkową, zarezerwowaną dla ulubionych win, admiracją.

A teraz zmieńmy nieco pytanie. Jakie wino pijasz najczęściej? Jakie pijają twoi znajomi? Może nawet nie w domu, ale gdy wychodzicie do miasta, wiosną i latem? Jakiego leje się najwięcej? Prosecco pędzi ku górze tabeli! A gdybyśmy wszyscy mieli sobie szczerze odpowiedzieć na te pytania, kto wie, czy nie trafiłoby na sam szczyt.

Trudno o lepszy przykład zawrotnej kariery. Od kilkunastu lat to dźwięczne słowo nie schodzi z ust ludzi zamawiających wino.
W pewnym momencie stało się nawet synonimem całej kategorii lekkich musiaków okołowłoskiej proweniencji – wszyscy pamiętamy podejrzane „prosecco” z kija i Paris Hilton pijącą je z puszki.

Niegdyś słowo „prosecco” było określeniem zarówno apelacji, jak i wina oraz glery, czyli szczepu, z którego się je robi. Oszczędźmy sobie legalistycznych szczegółów i powiedzmy tylko, że od 2009 r. bąbelki pod tą nazwą powstawać mogą wyłącznie w regionach Veneto oraz Friuli Venezia Giulia – większość butelkowana jest jako DOC, a wyjątkowym statusem Prosecco Superiore DOCG cieszą się apelacje Conegliano Valdobbiadene oraz, o wiele mniej znane, Asolo.

Konsorcjum producentów Conegliano Valdobbiadene Prosecco Superiore DOCG walczy ze zilustrowanym powyżej stanem rzeczy, z łatką wina bez właściwości, nadającego się tylko do picia, nie do refleksji, organizując doroczną prezentację pod nazwą Vino in Villa.

Pierwszy sukces osiąga już na starcie, pokazując, że te osłuchane i opatrzone do granic możliwości wina powstają w przepięknej okolicy, a stoją za nimi nie bezosobowe koncerny, tylko konkretni ludzie. I to oni, ich starania i ambicje, sprawiają, że na prosecco można spojrzeć z innej strony. Bo przełamać monotonii tych win, przebić szklanego, gruszkowo-kruszonkowego sufitu, nie potrafi lokalizacja siedlisk. Różnice między płaskimi wzgórzami w pobliżu Conegliano, a stromymi stokami wokół Valdobbiadene wyraźne są w krajobrazie, ale już tylko subtelnie zaznaczone w winach. Nadać prosecco oryginalny, indywidualny charakter, umieją tylko winiarze.

Valdellövo – miłość od pierwszego łyku

To moje wielkie odkrycie! Małżeństwo Benedetto i Clotilde nieco przywodzi mi na myśl naszych Basię i Marcina Płochockich, trochę fizycznie, a trochę przez połączenie realizmu i doświadczenia z pasją i wiecznym niepokojem, który każe szukać dalej i więcej. Na dziesięciu hektarach w miejscowości Collalto pokazują, na co naprawdę stać glerę, jeśli się jej nie przeszkadza.

Refermentujące w butelce Bade Frizzante, niefiltrowane i zrobione na dzikich drożdżach, to jedno z tych win, które każą stanąć w miejscu i się zadumać. Czystość jabłkowego owocu, obłędnie soczysta kwasowość, przejrzystość i jasność, wreszcie bezpośredniość doznań – wszystko to wręcz bezczelnie domaga się obecności na polskim rynku. Równie miło byłoby zobaczyć na nim inne wina z Valdellövo: elegancki, zbudowany na doskonałej kwasowości Zero Nove Brut Zero czy soczyste, biszkoptowe Anno Zero Extra Dry. 

 

Marchiori – elokwentny profesor

Jest taki typ winiarza, który potrafi zagadać na śmierć, ale bijąca z niego energia i przekonanie sprawiają, że nawet w najbardziej nieistotne szczegóły wsłuchujemy się z nieznikającym z twarzy uśmiechem. Umberto Marchiori to jeden z nich. Na głowie ma coś w rodzaju włoskiego afro (bardzo przypomina młodego Giorgia Morodera), w głowie zaś winnicę położoną w połowie drogi między Conegliano, a Valdobbiadene. Co ja mówię: winnicę! Każdy jej metr kwadratowy, od głębokich warstw gleby aż po czubki krzewów. Nie wiem, na ile jego encyklopedyczne szczególarstwo wpływa na wina rodziny Marchiori, ale wiem, że ichProsecco Brut to wino wielkiej klasy, z odrobiną dość rzadko tu spotykanej kremowości oraz szampańskimi nutami czekolady i orzechów laskowych.

Lucchetta – tak po prostu

Winnica Lucchetta to rodzaj wehikułu czy też portalu czasu, który pozwala wszystkimi zmysłami doświadczyć tradycji włoskiego winiarstwa. To nie ambitne eksperymentalne przedsięwzięcie, nie wielki biznes, to po prostu rodzina i całe jej życie – od 1956 roku. Winnicami zajmują się Giuseppe zwany Bepim oraz Marco, winifikacją Alessandro, sprzedażą Mario, a nad wszystkim czuwa senior rodu Marcello. Marcello doglądał też naszej degustacji, niedługo pojawił się jakiś kolejny wujek czy stryjek i nagle, w poniedziałek koło południa, zrobiło się gwarno, tłocznie, zabawnie… imprezowo niemalże.

Wina, podobnie jak ludzie, zachwycają bezpośredniością. Calpena Colfondo, refermentowana w butelce – jabłkowym owocem, dziką perlistością i pełnią charakteru. Brut Calpena Millesimato i Calpena Extra Dry – zadzierżystą rustykalnością. Chardonnay Metodo Classico, robione poza apelacją (która wymaga 85 proc. zawartości glery) – aromatami chlebowej skórki i piękną kremowością. Fascynujące jest także Verdiso 2015 – wino ze szczepu, który dodaje się do glery dla zwiększenia kwasowości. Leciutkie, soczyste i… spokojne. Tak, spokojne, a dzięki temu nieoczywiste.

Glera bez bąbli

Trop nieoczywistości jest w Conegliano Valdobbiadene równie pociągający, jak trop ludzki. Niebywale ciekawe okazują się np. takie właśnie jak Verdiso od Lucchettów, spokojne, niemusujące prosecco, dozwolone w ramach apelacji, a u nas kompletnie nieznane (nic dziwnego, nie chciałbym się znaleźć w skórze oferującego je sprzedawcy).

Tego rodzaju wino to rodzaj gry ze zmysłami, a zarazem wyzwanie. Glera, z której powstaje także większość spokojnych prosecco, sama w sobie wydaje się na tyle neutralna, że wizja pozbawienia jej bąbelków to coś jak homeopatyczna idea winnej wody. Tymczasem – niespodzianka. Właściwie każda butelka prosecco tranquillo dostarcza sporych emocji. Czasem płyną z odkrycia, że w ogóle się da, jak w przypadku Le Morene 2015 z L’Antica Quercia, wina czyściutkiego, miłego, owocowego, acz bez szalonych ambicji. Czasem owe emocje wiążą się z ogromem wrażeń, jak przy niesamowicie aromatycznym, w ustach nieco topornym i rustykalnym Tranquillo 2015 od Conte Collalto. A czasem po prostu wywołuje je niekwestionowalna wielkość wina: weźmy katedralnie strzeliste, o boskiej, mimo zaledwie 10,5 proc. alkoholu, materii, Tranquillo dei Opereta 2015 z Frozzy. Te wina wymykają się przymiotnikowemu opisowi równie skutecznie, jak musujące (ile razy można wspomnieć o jabłkach, gruszkach i kruszonce?), ale mają zaskakująco dużo ciała i złożoności.   

 ***

Podsumowanie urodziło się samo. Kiedy pracowałem nad tekstem, zadzwonił kolega. Pożaliłem się, że piszę o prosecco i brak mi pointy. – Napisz: w zasadzie niegroźne – poradził. Żartował oczywiście, czyniąc aluzję do Autostopem przez Galaktykę Douglasa Adamsa i cytowanego tam przewodnika dla kosmicznych wędrowców, w którym planetę Ziemię lekceważąco określono tylko jednym zdaniem: „W zasadzie niegroźna”.

Jest w tym żarcie dużo prawdy – i o samym prosecco i naszym do niego stosunku. Dlatego organizatorom Vino in Villa należą się wyrazy uznania i wdzięczności za tworzenie warunków, w których dociekliwi mogą poszukać w oceanie prosecco prawdziwych pereł. Oby jak najwięcej z nich trafiło wkrótce do Polski.