Organic, bio, natural… o co tu chodzi?
2016-08-26





Winom ekologicznym (tak w Polsce nazywamy produkty określane po angielsku organic czy bio) i w ogóle naturalnym poświęciliśmy dużo miejsca w MW nr 4/2009. Odtąd sporo się zmieniło. Czas wrócić do tematu w naszym nowym cyklu. 

Oszaleliśmy na punkcie zdrowego jedzenia. Młodzi mieszkańcy dużych polskich miast, podobnie jak to się dzieje w Berlinie, Londynie czy San Francisco, ze znawstwem eksplorują targi śniadaniowe i biobazary, wyszukują warzywa i owoce od lokalnych rolników, mają swych zaufanych dostawców wołowiny i kurczaków z wolnego wybiegu, o zagrodowych serach nie wspominając. Chleb pieką sami, choć mąkę też kupują na ekotargu.

Doskonale rozumieją wyższe koszty wytworzenia ekologicznych produktów i bez mrugnięcia okiem wyciągają z portfela żądaną przez producentów kwotę. Jeszcze tylko selfie z Panem Marchewką, snapszocik Pani Twarożek i można się wziąć za gotowanie. Na facebooku relacja niemal na żywo, a w podsumowaniu pojawia się obowiązkowa flaszka wina: „Patrzcie jaka tania! W markecie X była promocja za 14,99 zł. Za te pieniądze zupełnie pijalne.”

Parówki za 5,99 zł też są jadalne, choć zwykle w hipsterskim koszyku się nie znajdą. Według Isabelle Legeron, jedynej we Francji kobiety z tytułem Master of Wine, orędowniczki tzw. win naturalnych powód jest prozaiczny. Miłośników ekologii odstręcza etykieta z długą listą budzących w najlepszym razie zastanowienie składników. Na etykiecie wina znajdziemy zaś co najwyżej informację o tym, jakiej odmiany winogron użyto i że są w nim siarczyny. Tymczasem zwykle składników jest tam dużo więcej, wśród nich wiele takich, od których miłośnikom zdrowej żywności włos na głowie by się zjeżył. Pal sześć, że do produkcji wina wielu producentów używa białek jaj kurzych, co nie spodobałoby się wielu weganom.

Wina ekologiczne

Wprawdzie nie istnieje coś takiego jak dokładna definicja „wina ekologicznego”, ale przyjmuje się, że jest to przede wszystkim wino zrobione z gron pochodzących z uprawy ekologicznej, a więc takiej, gdzie nie używano sztucznych nawozów, środków grzybobójczych, pestycydów i żadnych substancji zmodyfikowanych genetycznie. Przeciwieństwem uprawy ekologicznej jest tzw. winiarstwo konwencjonalne. Ekowinogrodnicy mogą używać jedynie naturalnych środków, takich jak siarka czy siarczan miedzi – dlatego, że rozkładają się one w środowisku. Natomiast środki syntetyczne są zakazane, gdyż mogą przenikać zarówno do soków w systemie korzeniowym, jak i miąższu owoców.

Także w czasie produkcji wina ogranicza się lub eliminuje użycie związków chemicznych. Dozwolone jest stosowanie dwutlenku siarki, ale w dużo mniejszym stopniu, niż pozwalają na to oficjalne przepisy.

Popularność win ekologicznych rośnie. O ile w 2007 r. szacowano, że uprawiane ekologicznie winnice to mniej niż 2 proc. wszystkich winogradów, w 2013 było ich już ponad 5 proc., przede wszystkim w Europie. Liderem jest Austria, gdzie blisko co dziesiąty hektar uprawia się ekologicznie. W czołówce są też Włochy (8 proc.) i Francja (7,4 proc.), a poza Europą… stan Oregon, gdzie ekologicznych jest aż 12 proc. winnic, cztery razy więcej niż w Kalifornii.

A smak? Nie łudźcie się, że wino ekologiczne będzie znacząco lepsze od konwencjonalnego. Po pierwsze kwestia smaku jest sprawą indywidualną każdego pijącego, po drugie nie o to tutaj do końca chodzi. W sposób mniej lub bardziej konwencjonalny powstają także wina od uznanych, cieszących się wieloletnią sławą winiarzy; wina niekiedy bardzo drogie – nie można więc utożsamiać win konwencjonalnych z tanim, napakowanym chemią ersatzem z najniższej półki hipermarketu. I konwencjonalizm, i eko to raczej kwestia życiowej filozofii – winiarza i winopijcy.