Osobisty felieton na zamówienie
2010-06-20





Podczas niedawnego spotkania z moimi winnymi przyjaciółmi jeden z nich zarzucił mi, że piszę tylko o jazzie, a to taka niszowa muzyka, nikt dziś jazzu nie słucha. Dlaczego na przykład nie piszę o Led Zeppelin? Nie kojarzy mi się z winem? Owszem, kojarzy: to poprzez Led Zeppelin trafiłem do wina!

Braci J. i S. poznałem jeszcze w szkole podstawowej, wówczas też spotkałem R., ich sąsiada z góry. Razem spędzaliśmy mnóstwo czasu, właściwie każdego dnia, grając w kosza, rozmawiając i słuchając muzyki – bracia mieli jeden z pierwszych w okolicy, dziś powiedzielibyśmy „kultowych”, licencyjnych magnetofonów ZK-120. Słuchaliśmy wielu różnych rzeczy, ale z jednym zespołem ciasny pokój braci kojarzy mi się najbardziej, właśnie z Led Zeppelin i fantastyczną parą You Shook Me i Dazed and Confused z ich pierwszej płyty. Z nimi też zacząłem słuchać jazzu, a jedną z pierwszych wspólnie poznanych płyt była genialna Blues on Bach nagrana przez The Modern Jazz Quartet.

Uczyliśmy się w różnych szkołach średnich, ale wszyscy studiowaliśmy matematykę. S. porzucił ją pierwszy, dziś jest cenionym fotografikiem, specjalizuje się w fotografii architektury. R. zaraz po studiach wyjechał do USA robić tam doktorat, ja trzymałem się bliżej z J., z nim też wypiłem pierwsze w moim życiu porto, a było to we Włoszech! Po kilku latach ruszyliśmy śladem R. za ocean, tam sprawy potoczyły się szybko; dzięki innemu matematykowi, tym razem z Turcji, definitywnie zdradziłem matematykę dla wina.

Dziś już żaden z naszej czwórki nie zajmuje się zawodowo matematyką, za to dwa tygodnie temu z R. osuszyłem butelkę Casa de Casal de Loivos 2004, tydzień temu z J. wypiliśmy m.in. Quinta do Vallado 2007 i Moulin-à-Vent 2007 Chermette’a, dziś więc pewnie bardziej łączy nas wino. I muzyka, której wciąż słuchamy i o której rozmawiamy. Tych dwóch butelek nie wypiliśmy z J. sami, był z nami nasz pięknie śpiewający przyjaciel M., który z matematyką nie ma na szczęście nic wspólnego, za to poza śpiewaniem razem ze swoją E. prowadzi klub, w którym grają muzykę, którą czasem im podrzucam, i w którym młodym ludziom dają możliwość spróbowania prawdziwego wina. A wszystko zaczęło się od nagrań Led Zeppelin odtwarzanych czterdzieści lat temu w małym pokoju na pierwszym piętrze toruńskiego wieżowca.

W przeciwieństwie do innych artykułów, gdy zaczynam pisać Winogranie, nigdy nie wiem, jak je skończę. Tak było i tym razem, choć wiedziałem, że felieton będzie bardzo osobisty. Dziś, gdy muszę go wreszcie posłać Naczelnemu, wiem już, że osobisty będzie jeszcze bardziej. Kilka lat temu do klubu M. i E. przyniosłem płytę, która zdaniem wielu jego stałych bywalców zrosła się z nim na stałe (potwierdzi to pewnie i Dorota Lewandowska, która debiutuje na naszych łamach kilkanaście stron dalej, a która też w tym klubie bywała). The Living Road Lhasy odkryła dla mnie i dla wielu moich przyjaciół zupełnie nowy obszar w muzyce. Lhasa odeszła od nas 1 stycznia w bezsensownie młodym wieku, zostawiając za sobą pustkę, której nikt nie zapełni.

W podobnie młodym wieku i jeszcze bardziej bezsensownie odszedł trzydzieści lat temu John Bonham, perkusista Led Zeppelin, i choć wtedy nie było to takie oczywiste, dziś dotkliwie widać, jaką pustkę po sobie zostawił. Gdy patrzę na stojące na półce osierocone płyty Led Zeppelin i Lhasy, nie mogę nie pomyśleć o ulubionym zdaniu Marka Bieńczyka, zamykającym powieść Raymonda Chandlera Żegnaj laleczko: „Dzień był jasny i pogodny, wzrok sięgał daleko, lecz nie tak daleko jak odeszła Elma”. Podobne myśli przychodzą mi do głowy, gdy patrzę na stojącą na szafie, tragiczną nie tylko dla tego, że pustą, butelkę po Pur Sang Didiera Dagueneau, który też odszedł od nas zupełnie bezsensownie kilkanaście miesięcy temu. Nikt już takiego wina nie zrobi, nie otworzę go słuchając Lhasy w beztroskiej nieświadomości tego, że niedługo odejdą oboje – Dagueneau zginął niespełna miesiąc później. Cieszę się, że tę właśnie butelkę otworzyłem z najbliższymi przyjaciółmi – to jeden z nich zapytał mnie niedawno o Led Zeppelin.

Lhasa de Sela, 27 października 1972 – 1 stycznia 2010
John Bonham, 31 maja 1948 – 25 września 1980
Didier Dagueneau, 1956 – 17 września 2008

Tekst ukazał się w numerze 43 (1/2010)